sobota, 31 grudnia 2016

Co wiesz o Stephenie Kingu? - 20 prostych pytań

Pytania w sam raz na zbliżający się karnawał. Zabawa dla tych lepszego sortu :)


1. Gdzie urodził się Stephen King?
Maine, Portland.
2. Kiedy obchodzi urodziny Stephen King?
21 września 1947
3. Który bohater opowieści Stephena Kinga obchodzi urodziny tego samego dnia co autor "Carrie"?
Carrie White
4. Jak mieli na imię rodzice Stephena Kinga?
Donald i Nellie Ruth King
5. Gdzie Stephen King chodził do szkoły?
Bangor, Maine
6. Jak nazywała się pierwsze opowiadanie Stephena Kinga?
I was a teenage grave robber
7. Jak ma na imię żona Stephena Kinga?
Tabitha King
8. Ile dzieci ma Stephen King (oficjalnie)?
Naomi, Joseph i Owen
9. Jaki tytuł nosi pierwsza krótka historia Stephena Kinga, która była sprzedawana?
I was a teenage grave robber
10. Gdzie Stephen King chodził do college?
Maine
11. Jaki tytuł nosi pierwsza książka Stephena Kinga?
12. Wymień przynajmniej 6 filmów, w których Stephen King pojawia się jako aktor?
13. Na okładce jakiego magazynu pojawił się Stephen King w 1986 roku?
TIME
14. Wymień dwa tytuły książek wchodzących w skład "Mrocznej wieży"?

15. Jaka drużyna baseballa jest ulubioną drużyną Stephena Kinga?
16. Trzy główne nurty natchnienia dla Stephena Kinga?
17. Jak nazywała się szalona pielęgniarka z powieści "Misery"?

18. Jak nazywał się pisarz porwany przez pielęgniarkę w powieści "Misery"?
19. Czy Stephen King napisał kiedykolwiek opowieść dla dzieci? Jeśli tak - podaj tytuł?
Oczy smoka
20. W jakich górach odbywa się akcja "Lśnienia" Kinga?


Odpowiedzi pod postem ukażą się 1 stycznia.

Slow life według ojca Leona

Czy istnieje idealny przepis na życie? Taki, w którym szczypta uśmiechu, odrobina spokoju i garść dobrych relacji sprawia, że całe to bytowanie człowieka na ziemi daje nieustające szczęście? Ojciec Leon Knabit w "Slow life" stara się pokazać wraz ze swoimi rozmówcami istotę współczesnego życia - życia w myśl zasady "slow life".

Na pierwszy ogień trafił Marcin Prokop. W ciekawej rozmowie wyjaśnia, dlaczego został dziennikarzem choć z wykształcenia jest bankowcem. Co sprawiło, że zaryzykował i ... rzucił w miarę spokojną pracę? Z ojcem Leonem dyskutują na temat wiary, nadziei i miłości oraz ... młodości, która powinna dawać coś z siebie i zostawiać ślad na tej ziemi. Nie ciągłe narzekanie i bunt na współczesny porządek a kreatywne działanie. Budująca jest postawa prowadzącego "Mam talent", który trafnie ocenia to, co nazywamy sławą, byciem celebrytą. Pokazując drugą stronę medalu udaje się mnie przekonać o pewnej ulotności rzeczy pozornie pięknych a stawianiu na sprawy wyższe - duchowe.

Ujmuje opowieść Anny Dymnej, która przez swoją fundację i działania poznała ludzi chorych, odrzuconych i chcących z życiem skończyć. Dlaczego więc nagle - pomimo ułomności - chcą walczyć o bycie, o siebie? Czy to magia znanej aktorki, na widok której wszyscy otwierają kieszenie i chcą realizować jej marzenia? A może taki cud sprawia wyciągnięta dłoń, zainteresowanie, którego wcześniej nie doświadczyli od drugiego człowieka? Zgadzam się z opinią, że dzisiejsze zagubienie młodych wynika z braku zainteresowania, zaburzenia pewnych wartości na rzecz opisanych już wcześniej przez Marcina Prokopa rzeczy pozornie pięknych. Czy więc pozostają tylko depresje i psychoterapie? Ojciec Leon wraz z Anną Dymną wspólnie przedstawiają ciekawą i spójną wizję działań, które pomagają odnaleźć się we współczesnym świecie.

Także pozostali rozmówcy - Cezik i Krzysztof Skórzyński - prezentują ciekawe pomysły na "slow life". Wśród nich wszystkich ojciec Leon Knabit, który spokojne życie połączone z ascezą wykorzystuje do ewangelizacji przez media niemające nic wspólnego z dobrem, jakością i pozytywnymi wartościami. Życie mnisze nie przeszkadza mu swobodnie odnajdywać się w świecie mediów: poprowadzić telewizyjny talk-show, wygrać konkurs na blog roku, a nawet zostać twarzą kampanii reklamowej.

Jedna z lepszych książek ojca Leona w ostatnim czasie. Dobrze, że nadal mamy od kogo słuchać prostych prawd, które nie pozwolą nam zwariować.


Slow life według ojca Leona, ojciec Leon Knabit, ZNAK, 2016.

czwartek, 29 grudnia 2016

"Drobna zmiana" według Marcina Świetlickiego

Czy o Ministrze Kultury można tworzyć dobrą poezję? Marcin Świetlicki w tomiku "Drobna zmiana" (wydawnictwo A5) udowadnia, że można a nawet trzeba.

Kilkadziesiąt mgnień poetyckich pokazuje, że Świetlicki dobrej zmiany nie popiera. Nie lubi, krztusi się ze śmiechu i czasem denerwuje. "Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego" czy "Gowin sam w domu" świadczą o tym wyraźnie. Nie obrażają, nie szkalują, nie wywołują fali hejtu i nienawiści - próbują (skutecznie) prezentować błędy i potknięcia obecnej ekipy.

Zostawiam poglądy polityczne autora na rzecz dobrej poezji. Wróć - bardzo dobrej poezji. Tej, w której miłość łączy się z cierpieniem. W której piękne kobiety odrzucają mało przystojnych mężczyzn, a papieros jest lekiem na całe zło. Poezji, która zmusza do refleksji i każe zastanawiać się nad nieuchronnie przemijającym czasem.

"Spisywać sny, jaka żenada!" - pisze Świetlicki. Ma rację, bo rzeczywistość, która dała mu materii do stworzenia "Drobnej zmiany" jest o niebo lepsza od tego, co może wyskrobać poetycki umysł. "Sto procent czystej krwi" i "Schodzi się tylko w dół" - to kolejne wersy, które interpretuję na wiele sposobów. Słowa pozwalające zająć się tym, co nazywamy ojczyzną.

Mocna "Drobna zmiana". Jak kawa i papierosy. Jak Świetlicki, który nie mógł napisać tego lepiej.

środa, 28 grudnia 2016

Florystka - Katarzyna Bonda

Hubert Meyer ze "Sprawy Niny Frank" był grzecznym chłopcem ze świetlaną przyszłością. Co więc sprawiło, że we "Florystce" sukcesy profilera nikną w gąszczu dziwnych i smutnych okoliczności.

Okazuje się, że mój (na razie) ulubiony policyjny psycholog porzucił pracę w policji. Czemu? Okazuje się, że Meyer popełniając jeden błąd zaprzepaścił szansę na pomyślne zakończenie śledztwa.

Powróćmy jednak do "Florystki" - Meyer siedzi w domku rodziców patrząc jak rosnące długi i niepłacone alimenty niszczą jego umiejętności i chęć do życia. Na szczęście policja potrzebuje takiego fachowca w zagadkowej sprawie zaginięcia 9-latki.

Meyer wkracza do akcji współpracując z osobą, której nie darzy sympatią. Badając poszczególne wątki sprawy odkrywa, że tajemnicze zniknięcie dziewczynki może być związane ze śmiercią 11-letniego Amadeusza i jego matką, która w mieście jest znana ze swoich florystycznych umiejętności. Choć kiedy na grobie jej syna znaleziono zwłoki policja od razu kieruje podejrzenia na "nawiedzoną" florystkę.

Katarzyna Bonda tym razem prowadzi czytelnika przez opowieść, która wydaje się nie mieć końca. Meyer nie błyszczy już jak w poprzednich książkach a i sprawa wykracza daleko poza ludzkie pojmowanie rzeczywistości. Wszystko za sprawą uduchowionej florystki i nie do końca uczciwych policjantów.

Kto więc zabił? Przeczytacie we "Florystce".

Tylko martwi nie kłamią - Katarzyna Bonda

Odkrywania Katarzyny Bondy ciąg dalszy. Po ciekawej Ninie Frank zająłem się tytułowym problemem - czy martwi mogą do nas mówić i nie kłamać?

W "Tylko martwi nie kłamią" mamy do czynienia z morderstwem śmieciowego barona z trudną przeszłością. Uzależniony od seksu trafia na terapię, która sprawia, że jego życie staje się jeszcze bardziej zagmatwane i niezrozumiałe. Romanse, zdrady i podejrzane interesy tworzą siatkę powiązań, z której trudno wyplątać się wszystkim zainteresowanym.

Dlaczego ginie główny bohater? W sprawę zaangażowany zostaje Hubert Meyer - profiler, który sprawę Niny Frank oraz swoje małżeństwo rozwiązał błyskawicznie. Z wrodzonym sobie talentem pokazuje wszystkim jak prowadzi śledztwo psycholog. A trzeba przyznać, że jest to bardzo ciekawe. Przede wszystkim zadaje kłam opinii, że machina urzędnicza rządzi wszystkim i przeszkadza ludziom rozwiązywać problemy od razu. Przeciętnemu policjantowi trudno się poruszać poza zasadami - Meyer działa skutecznie i to mi się naprawdę podoba.

Bonda umie pociągać za sznurki prezentując czytelnikowi ciekawy obraz polskiej policji oraz polskiego kryminału. Nie ma tu Vegi i totalnego zezwierzęcenia. Pomimo, że trup sieje się gęsto człowiek skupia się na magiku, który psychologię łączy z innymi umiejętnościami sprawiając, że martwi mają głos i ... czasem kłamią.

Ktoś napisał, że możnaby zekranizować opowieści pięknej i niegłupiej blondynki. Czemu nie? Tymczasem warto przekonać się, że dobry kryminał to nie tylko siejący się gęsto trup ale dobry pomysł i wykonanie. Tak jest w przypadku "Tylko martwi nie kłamią".

Sprawa Niny Frank - Katarzyna Bonda

W życiu jest czasem tak, że człowiekowi nie chce się kłócić więc zrobić coś dla innych. Żona zachwycona Bondą wciągnęła mnie w świat Huberta Meyera - psychologa śledczego, który przywraca wiarę w dobrą zbrodnię.

"Sprawa Niny Frank" jest bodajże pierwszą historią z całej serii opowieści o przystojnym pracowniku polskiej policji. Meyer zwany profilerem jest połączeniem Krzysztofa Rutkowskiego i wróżbity Macieja. Usiłując tchąć trochę życia w polską policję musi mierzyć się z przełożonymi, trudnym prawem i konfliktem z żoną.

Tytułowa Nina Frank, zostaje znaleziona martwa w swoim dworku w przygranicznej miejscowości Mielnik nad Bugiem. Ofiara jest celebrytką - znaną z tego, że jest znaną z roli zakonnicy Joanny. Niestety, życie prywatne to połączenie nałogów, kochanków i pokrętnej drogi na szczyt.

Bonda bezpardonowo przebija się przez polską policyjną rzeczywistość prezentując nam nieszablonowy, wielowątkowy kryminał z zaskakującym finałem. Wydaje mi się, że autorka spełnia oczekiwania wymagającego polskiego czytelnika jeśli idzie o dobry kryminał. Ile czasu można żywić się importem doskonałej, skandynawskiej literatury? Okazuje się, że oprócz podstawowej historii Bonda stara się (choć wychodzi to jako tako) pisać o sprawach ważnych dla człowieka. O braku miłości, ulotności współczesnego stylu życia i kryzysie wiary we wszystko - oprócz szklanego ekranu. A i to koniec końców okazało się złudne.

Szkoda, że odkryłem ją dopiero teraz. Czas nadrabiać zaległości czego i Państwu życzę na nowy 2017 rok.

niedziela, 25 grudnia 2016

Maximum overdrive - nieudana opowieść Stephena Kinga

Wielu badaczy oraz fanów zaznacza, że po wyreżyserowaniu Maksymalnego przyśpieszenia King stracił całkowicie zapał do reżyserowania. A przecież to filmowa adaptacja własnego opowiadania Ciężarówki z tomu Nocna zmiana.

W opowiadaniu mamy do czynienia z pojazdami, które za pomocą alfabetu Morse'a domagają się od ludzi paliwa. Pozornie nieciekawa historia zostaje rozbudowana w filmie. Mamy kometę, która ożywia wszelakie mechaniczne urządzenia. Wszystkie one buntują się przeciwko człowiekowi sprawiając, że niemożliwe jest życie, które znamy. Nawet sam reżyser i scenarzysta, który pojawia się w filmie jako aktor zostaje zaatakowany przez rozwścieczony bankomat.

Maszyny nie działają pod wpływem chwili. Mają określone struktury pozwalające im przetrwać. Ich przywódcą jest ogromna ciężarówka z wymalowanym na kabinie ogromnym i przerażającym pajacem. Terroryzują ludzi i przejmują kontrolę nad światem.

Dość infantylne zakończenie oraz wprowadzanie skomplikowanej fabuły, która niszczy dobry pomysł – to niektóre z zarzutów, z jakimi spotkał się King po premierze filmu. Dodatkowo nie ratuje go nawet muzyka AC/DC. Nie dziwi więc negatywna postawa autora Carrie do reżyserowania. Dodam, że w 1997 roku już bez żadnego udziału Kinga powstała ekranizacja opowiadania według Chrisa Thomsona.

Sklepik z marzeniami - Stephen King

Święta (i nie tylko) dają niepowtarzalną możliwość, by delektować się klasyką literatury. W Polsce Empik działa zgodnie z hasłem - im bliżej świąt, tym starsze książki w sprzedaży. Dzisiaj więc rzecz o "Sklepiku z marzeniami".

Dlaczego właśnie ta książka? Lubię ją, bo jest częścią świata Stephena Kinga. Świata, w którym centralne miejsce zajmuje Castle Rock - miejscowość podobna do mojego rodzinnego Wejherowa. To właśnie tam grasował zły pies ("Cujo") oraz wydarzały się tajemnicze rzeczy ("Strefa śmierci"). Powtarzają się bohaterowie, motywy i zwroty. Rzecz najważniejsza - pokazuje, jak słaba jest ludzka natura w obliczu najgorszego zła.

Kiedy nikomu nieznany Leland Gaunt otwiera tytułowy sklepik początkowo ludzie mają obawy. Jednak kiedy mroczny właściciel zaczyna spełniać ich marzenia - do nowego kościoła zaczynają przychodzić tłumy. W zamian za pamiątkę związaną z baseballem bohaterowie mają płatać coraz gorsze figle przyjaciołom. Napięcie zaczyna rosnąć - podobnie jak liczba straszniejszych czynów mieszkańców. Kim jest tajemniczy przybysz i dlaczego zamierza zniszczyć miasto?


Stephen King w "Sklepiku z marzeniami" pokazuje, że oprócz pisania dla pieniędzy umie w swojej twórczości zastanawiać się nad wątłą kondycją człowieka, który w różnych okolicznościach zachowuje się różnie. Poziom odczłowieczenia i zostawienia wartości dla chwilowych uciech jest niestety odwrotnie proporcjonalny do czynów godnych naśladowania.

Warto przeczytać.

sobota, 24 grudnia 2016

Hygge - klucz do szczęścia?

Według amerykańskich naukowców Duńczycy to najszczęśliwsza nacja świata. Dlaczego? Bo "Hygge" - słówko, które robi furorę także w Polsce. Czy u nas się przyjmie? Czy może jesteśmy skazani na szczęście od dawna?


Według autorki wszyscy "hygge" czujemy. Czy to podczas leżenia na kanapie w ulubione pozycji czy w trakcie lektury dobrej książki. To moment w trakcie przygotowywania posiłków (może być owsianka lub coś bardziej wykwintnego) albo też podczas spotkań rodzinno-sąsiedzkich.

Niestety - pomimo wielu prób - mi nie udało się uchwycić "prostego" duńskiego przepisu na szczęśliwe chwile (wyjątek - picie sznapsa). Duńczycy mają - czego autorka nie pomija - najlepszy socjal w Europie. Państwo opiekuńcze powoduje, że ludzie mogą skupić się na wyższych celach niż zaspokajanie podstawowych potrzeb. Więc tworzą i odnajdują "hygge" wszędzie tam, gdzie się znajdują. W ogóle to ciekawy naród, bo nie widać u nich oznak polskiego narzekania czy ciągłego dążenia do konfliktu. U Duńczyków wigilia wygląda pewnie tak, jak każdy z pozostałych dni w roku. Szczęśliwie, uroczyście i pięknie - po prostu pięknie.

Z drugiej jednak strony myślę, że gdybyśmy się postarali - jako Polaki niecebulaki - to nie potrzebne byłoby nam żadne obce "hygge". Nikt nie musiałby spędzać wigilii w Sejmie, żaden kot nie wzbudzałby tyle nienawiści co jego właściciel, a wszyscy zarabialiby godnie i dużo - zupełnie jak opisuje to Michał Szafrański. Nawet długie kolejki i zakupoholizm przedświąteczny, w którym zapomina się o pewnym chrześcijańskim proroku nie wyprowadzałby nas z równowagi. Po prostu "spoko luz".

Czego sobie i Państwu życzę.

Hygge. Duńska sztuka szczęścia. Tourell Soderberg Marie. Wydawnictwo Insignis

piątek, 23 grudnia 2016

Sztorm stulecia - Stephen King

Stephen King jako scenarzysta jest porównywalnie tak samo płodny jak autor książek. Wyprodukowany przez telewizję ABC doczekał się również wersji papierowej wydanej przez Pocket Books (w Polsce wydało go wydawnictwo Prószyński i s-ka).


Powieść "Sztorm stulecia" chodziła za nim dłużej niż inne opowieści. Także jej wyrazistość oraz szczegóły powstania są mroczniejsze niż inne: Zazwyczaj – powiedzmy trzy czy cztery razy na pięć – wiem, w jakiej sytuacji przyszedł mi do głowy pomysł na opowieść; wiem, jaki splot wydarzeń (zwykle prozaicznych) dał historii początek (…) Czasem jednak nie potrafię sobie przypomnieć, co doprowadziło do powstania konkretnej powieści lub opowiadania (…) początkiem „Sztormu stulecia” była scena więzienna: mężczyzna, tym razem biały, siedzi na pryczy, opierając o nią pięty i trzymając ręce na podciągniętych kolanach – i patrzy przed siebie bez zmrużenia powiek. Nie był to łagodny i dobry człowiek, jakim okazał się John Coffey w „Zielonej mili”, lecz wyjątkowo zły. Może nawet w ogóle nie był człowiekiem.Ilekroć wracałem do niego myślą – jadąc samochodem, siedząc u okulisty i czekając, aż wpuści mi krople do oczu, albo, co gorsza, leżąc w łóżku przy zgaszonym świetle – wydawał mi się jeszcze straszniejszy. Wciąż po prostu siedział bez ruchu na pryczy, ale był straszniejszy. Wydawał się mniej człowiekiem, a bardziej... tym, kim był naprawdę...

Opowieść o małej społeczności, wspólnoty, która staje przed dużym wyzwaniem jest znakiem rozpoznawczym prozy pisarza z Nowej Anglii. Zastanawia się King pisząc we wstępie – Czy słowo „wspólnota” zawsze brzmi pokrzepiająco, czy czasem potrafi zmrozić krew w żyłach? Właśnie wtedy wyobrażałem sobie żonę Mike'a Andersona, która przytula męża, szepcząc równocześnie do ucha: „Spraw, żeby [Linoge] miał wypadek”. Ciarki mnie przeszły! Wiedziałem już, że muszę przynajmniej spróbować spisać tę opowieść.

Pomysł na mini – serial wydał się pisarzowi tak dobry, że uruchomił swoje znajomości. Historia była za długa na film kinowy, lecz sądziłem, że mam na to sposób. Pamiętałem, jak wspaniale układała mi się współpraca z ABC, której dostarczyłem materiał (a czasem gotowe scenariusze) do kilku tak zwanych miniseriali cieszących się całkiem niezłą oglądalnością. Skontaktowałem się z Markiem Carlinerem (producentem nowej wersji „Lśnienia”) i Maurą Dunbar (która od początku lat 90. jest moim konsultantem do spraw artystycznych w ABC). Zapytałem obojga, czy zamiast adaptacją istniejącej książki byliby zainteresowani powieścią stworzoną wyłącznie dla telewizji. Przytaknęli niemal bez namysły, a gdy skończyłem trzy dwugodzinne scenariusze zamieszczone w tym tomie, bez żadnych ingerencji w treść bez wahań i kaprysów producentów, wszedł w fazę produkcji i realizacji.

Co więc zobaczyć możemy na ekranie? Nad małą wysepką w stanie Maine zwaną Little Tall (pojawia się ona także w Dolores Clairborne) przechodzi burza śnieżna. Ludzie, odcięci od świata muszą stawić czoła swoim lękom, a także tajemniczemu przybyszowi, który każe nazywać siebie Linoge.

Zaczynają się dziać dziwne rzeczy, dochodzi do okrutnych zbrodni. Ludzie, coraz bardziej przerażeni i zniewoleni poznają oblicze zła, którego wcieleniem jest zagadkowy przybysz. Okazuje się, że po przestawieniu liter w jego imieniu powstaje przerażające słowo Legion, oznaczające demona. Zły duch, a właściwie jego zmaterializowana postać, odejdzie tylko wtedy, kiedy otrzyma to czego pragnie. A chce dziecka – jednego, którego pragnie wychować na swojego następcę.

Zarówno krajobraz, który widzimy jak i miasteczko od razu każą nam mniemać, że będzie się działo coś strasznego. To zupełnie tak, jakbyśmy czytali H. P. Lovecrafta, który w swoim opowiadaniu tak przedstawia jedno z miast: Na widok nieskończenie długich ulic, świecących obłędną pustką i śmiercią i na myśl o ciągnących się bezkreśnie, spowitych mrokiem mieszkaniach, które wypełniały pajęczyny i wspomnienia, którymi zawładnęło teraz robactwo, ogarniał człowieka lęk i odraza, i chyba nawet najwymyślniejsza filozofia nie byłaby w stanie im się oprzeć.

Wydaje mi się, że w Little Tal mamy również od początku lęk i odrazę. Lęk przed ujawnieniem grzesznych spraw trawiących mieszkańców miasteczka. Narkotyki, zdrady, oszustwa – to tylko niektóre z uczuć, jakie wychodzą na jaw przez działanie Legiona. Ten z postaci, którą znamy z Ewangelii św. Łukasza (A Jezus zapytał go: Jak ci na imię? On odpowiedział: Legion, bo wiele złych duchów weszło w niego.) zmienia się w sędziego, który każe na złe czyny.

Postać ta w sztuce nie została przecież wprowadzona przez Stephena Kinga. Wymienić należy tu film Egzorcyzmy Emili Rose, czy Legion, które realizują w pełni mit złego i mocnego demona. King jakby go osłabił – jest oczywiście śmierć starszej pani zabitej na początku oraz zmuszanie mieszkańców do popełniania krwawych mordów – jednak główny akcent czynienia zła spływa na ludzi. To oni są winni temu, że w Little Tall miejsce ma sztorm stulecia i wszystkie zdarzenia z nim związane.

Może to jednak nie miało tak być? Może Linogue miał być zły do szpiku kości, a ludzie to ofiary? A wszystkiemu winna cenzura telewizyjna? Czytamy we wstępie: Nie udało mi się uniknąć kłopotów. Główną wadą pracy dla ogólnokrajowej telewizji jest problem cenzury (ABC to sieć, która nadal dysponuje bronią nazywaną „działem przestrzegania norm"; redaktorzy czytają scenariusz i mówią, czego „absolutnie nie można pokazywać w amerykańskich salonach"). Zażarcie walczyłem z tymi zakazami podczas pracy nad „Bastionem" (ludność całego świata krztusi się na śmierć własnym katarem) „Lśnieniem" (utalentowany, lecz wyraźnie niezrównoważony młody pisarz bije żonę do nieprzytomności młotkiem do gry w krokieta, a potem próbuje tym samym narzędziem zatłuc syna) i była to niewątpliwie najgorsza strona całego przedsięwzięcia, porównywalna z chińskim zwyczajem krępowania stóp.

Prezentowana przeze mnie opowieść Kinga w swojej scenariuszowej formie podobna jest do innych jego przewodnich motywów. Pomysł społeczności, która musi zmierzyć się z problemem/ami nie jest nowy. Niech za przykład posłuży nam Sklepik z marzeniami. Tu podobnie jak w Sztormie stulecia, główną postacią jest konstabl, który może albo przerwać złą passę albo doprowadzić do ostatecznego upadku małej osady. W kolejnej, technicznie słabej powieści, Dolores Claiborn widać, że społeczność potrafi trzymać się razem i nie ujawniać szczegółów ze swojego życia. Podobnie zresztą w Miasteczku Salem, gdzie również przedstawiciel władzy policyjnej musi uratować swoich „podopiecznych” z rąk wampira.

Podobne jest również miasteczko – typowe dla Nowej Anglii z ładnymi domkami, który każdy wygląda podobnie. Pozornie spokojne i bezpieczne, położone nad morzem staje się nagle piekłem na ziemi. Zło, którego nikt nie widział zaktywizowało się i dało nieźle w kość mieszkańcom. Najlepsze jest jednak to, że po zakończeniu całej historii oni, na wzór sycylijskiej mafii, wpadają w zmowę milczenia. Żyją tak, jakby się nic nie stało.

środa, 21 grudnia 2016

HTML i CSS - zaprojektuj i zbuduj witrynę WWW

Wiadomo, że wszyscy kiedyś umrzemy. To hasło przyświeca i oświeca moją drogę jaśniej niż bożonarodzeniowa gwiazdka. Dlatego czasem warto ruszyć szare komórki i ... zbudować witrynę www.

Umiejętność projektowania i budowania stron WWW jest obecnie bardzo ceniona - mawiają różni ludzie. Nawet jeśli operujemy w bloggerze czy wordpressie znajomość tego ustrojstwa potrafi być przydatna. Jak bowiem wstawić reklamę, na której można zarabiać tak, by nie rozwalić strony? Albo dodać specjalnie przygotowane tło, które będzie wyróżniać nas w serwisie, którego opiekunem jest google? Zresztą każdy chcący uprawiać sport zwany blogowaniem wie, że bez HTML ani rusz!

Autor dołożył wszelkich starań, aby sprawić, by coś co nazywamy "HTML w weekend" nabrało nowego wymiaru. Ilość połączeń zdjęć z jasnym tekstem, boldów z kursywami oraz ogromną masą przykładów sprawiają, że łza się w oku kręci. Tajniki składni HTML, CSS3 i innych pojęć dla humanistów obcych i niezrozumiałych nabierają nowego znaczenia.

Struktury, listy, łącza, obrazy, tabele i układy są realnie do opanowania. Bez pomocy zamkniętych umysłów technicznych śmigam więc pomiędzy selektorami klasy, a selektorem elementu potomnego. Nie błądzę gdzieś w odmętach none, underline czy blink.

Piękna sprawa. Nie tylko na Wigilię i dalsze święta.


Kup tutaj

wtorek, 13 grudnia 2016

Piękny styl. Przewodnik człowieka myślącego po sztuce pisania XXI wieku

Pisanie nigdy nie było sprawą łatwą. Czy myślicie, że Proust słowa układał jak mistrz kostkę rubika? Albo, że "Mistrz i Małgorzata" to wynik przypadku i szczęścia Bułhakowa? Steven Pinker w swojej książce pokazuje, że aby tworzyć rzeczy wartościowe trzeba popracować - nad stylem.

"Piękny styl. Przewodnik człowieka myślącego po sztuce pisania XXI wieku" to ciekawa propozycja dla tych, którzy wierzą jeszcze w siłę literatury. Dla tych, którzy chcą, żeby nadal ukazywało się coś ciekawego. Dla tych, którzy uważają, że to nie internet niszczy słowa, zdania i akapity. Przepraszam - Steven Pinker uważa, że te ostatnie nie istnieją.

Wielu recenzentów zwraca uwagę na fakt, iż pojawił się na rynku nowy, lepszy podręcznik dla chcących pisać jak Stephen King i Adam Mickiewicz w jednym. Jeśli nie umiesz pisać a lepiej rozwiązujesz całki - zostań przy całkach. Jeśli zostałeś niedawno zatrudniony i piszesz newsy w Polskiej Agencji Prasowej, które potem wszyscy muszą drukować - zostań w PAP-ie.

Pinker - w przeciwieństwie do Jezusa - nie zbawi wszystkich marzących o karierze pisarza. W "Pięknym stylu" znajdują się pomysły na szlifowanie diamentów. Jeśli nie czujesz w sobie iskry - korzystaj z innych książek o pisaniu.

Co w "Pięknym stuly" podoba mi się najbardziej? Porównywanie tekstu do drzewa jest jedną z lepszych metafor pozwalających powalczyć o tytułowy styl. Powtarzam - jeśli ktoś uważa, że pisze świetnie - nie powinien tej książki czytać. Autor podsuwa pomysły, rozwiązania i idee do wykorzystania podczas literackiej pracy. Pisze między innymi: "Najpierw temat, potem komentarz. Najpierw znane, potem nowe." To tylko jedno z wielu twierdzeń do przerobienia dla odbiorcy chcącego piąć się po szczeblach stylu - pięknego stylu.

Tylko dla ludzi myślących!



poniedziałek, 12 grudnia 2016

Paradoks szympansa

Bez względu na to czy wierzymy w Teorię Ewolucji, Wielkie Wybuchy czy Boga Ojca profesor Steve Peters pisząc "Paradoks szympansa" ma całkowitą rację. Dwoista natura ludzi dzieli się na człowieka i szympansa właśnie. Stąd nasze kłopoty, pragnienia, sukcesy i porażki.

Na czym polega pomysł autora? Dowiadujemy się więc, że umysł psychologiczny tworzą trzy struktury mózgu - człowiek, szympans i komputer. Szympans to zaplecze emocjonalne. Komputer to miejsce przechowywania danych. Musisz nauczyć się zachować dystans od emocji.


Ja rozumiem to tak - każdy ma w sobie wredną małpę, która bierze górę w sytuacjach stresowych, gniewie, furii etc. Człowiek, który myśli racjonalnie jest wtedy na dalszym planie. Zamiast spokojnie i logicznie pomyśleć - na zewnątrz słychać tylko "uh, uh, uh" wykrzykiwane przez kolejnego szympansa. Dlaczego wszyscy myślą o mnie źle? Czemu nie mogę przestać się przejadać? Co sprawia, że nie umiem dochować wierności? To tylko mała część pytań, na które autor odpowiada przekonująco i jasno. Problemem jest wspomniana małpa - maszyna emocjonalna, która myśli niezależnie od nas. Nie jest ani dobra, ani zła - jest jednak przyczyną wielu problemów.

Poprzez kolejne rozdziały czytelnik zmierza od podzielonej planety, poprzez planetę prawdziwego świata aż do upragnionej krainy szczęścia. Oczywiście droga ta nie należy do łatwych ani szybkich. Powoli acz skutecznie przemieszczamy się w stronę, na której powinien być każdy z nas. Niektórzy to rozumieją i we wspomnianej krainie są, inni do końca życia będą zadręczać się lub wybuchać agresywnie mając byle jakie problemy.

Autor podsuwa ciekawe rozwiązania niektórych problemów oraz sposoby rozwoju osobowości zgodne z twierdzeniem książki, która ma sprawić, że jakość naszego duchowego (czytaj: psychologicznego) życia wzrośnie.

Czego sobie i Państwu życzę!

"Paradoks szympansa", Steve Peters, www.samosedno.com.pl



niedziela, 11 grudnia 2016

Błądzą wszyscy - ale nie ja


Zygmunt Freu twierdził, że u wszystkich mężczyzn występuje pierwotny lęk przed kastracją. Okazuje się jednak, że mistrz psychoanalizy błądził o czym przekonują Carol Tavris wraz z Elliot Aronson.

W USA są miliony ludzi, którzy twierdzą, że zostali porwani przez kosmitów. Część z nich może godzinami opowiadać o eksperymentach, jakim poddano ich ziemskie powłoki. Inni są przekonani, że gdzieś we wszechświecie żyją dzieci spłodzone z kosmitką, która była bardziej "ludzka" niż reszta zielonej załogi. Koniec końców "Z archiwum X" przy tych opowieściach to tylko słaba fikcja prostego reżysera.

Idźmy - za autorami - dalej. Dlaczego niektórzy tyle lat pozostają w nieszczęśliwych (toksycznych) związkach? Czemu tylu ludzi w małżeństwach stoi na swoich stanowiskach, że to on/ona zajmuje się wszystkim, a to drugie/druga nie robi nic oprócz denerowowania sobą męża/żony. Jaki sekret tkwi w przepowiedniach o końcu świata, których mamy więcej niż porwanych przez UFO? Czemu nawet gdy się nie spełniają to znajdujemy usprawiedliwienie dla wierutnej bzdury. W jaki sposób wykorzystują to zjawisko sekty?

Książka Błądzą wszyscy (ale nie ja) Carol Tavris i Elliota Aronsona sprawnie wyjaśnia powyższe i nie tylko kwestie. Autorzy wyjaśniają zagadki ludzkiej psychiki pokazując, że nawet kiedy myślimy o sobie jako jednostkach mających zdanie obiektywne - tak naprawdę oszukujemy się brnąc w konflikt pomiędzy różnymi sferami psychiki.

Autorzy przywołując przykłady ostatnich militarnych konfliktów (Bush i jego wojna z terroryzmem) pokazują, że homo sapiens nie do końca jest istotą myślącą.

Książka mocna i bardzo potrzebna w wyjaśnianiu codziennych zakrętów, na których znajduje się ludzka dusza.

sobota, 10 grudnia 2016

Bezużyteczna.pl

Czy onaniści mają największą wyobraźnię? Dlaczego ktoś zatrudnia delfiny? I co jada na śniadanie królowa Elżbieta? Na te i inne pytania próbuje w wersji drukowanej odpowiedzieć bezużyteczna.pl.

Zajmująca się dzisiaj głównie seksem i problemami z okresem strona kiedyś przynosiła ciekawe i wart uwagi ciekawostki. Wbrew adresowi www uczniowie, którzy mieli problemy z matematyką mogli dowiedzieć się, dlaczego warto żuć gumę podczas rozwiązywania całek i pitagorasów. Idealne selfie? Tylko przed lustrem wyczyszczonym dobrą wódką. Za duży tłum w kolejce podmiejskiej? Zacznij prosić o darowizny - tłum zniknie.

Oczywiście były i porady zupełnie bezużyteczne, choć te zajmowały niewielką część strony. Osama bin Laden był fanem angielskiego klubu FC Arsenal. Jeden z amerykańskich lekomanów, by dostać morfinę rzucił się pod samochód. Niestety, nie przeżył tej próby wymuszenia leków. Lady Gaga nagrała "Just dance" w zaledwie 10 minut tworząc piosenkę, która długo nie schodziła ze światowych list przebojów.

Są też newsy o miłości. Nie tej fizycznej ale bardziej ... duchowej. Ośmiornica z trzema sercami kocha bardziej niż słoń ważący parę ton. Mężczyźni o niebieskich oczach chętnie kochaliby kobiety o równie błękitnych źrenicach. Szkoda tylko, że płeć piękna w ankietach przyznaje, że jest skłonna do romansów byleby tylko obecny partner nic o tym nie wiedział. Fakt, amerykańscy naukowcy twierdzą, że panie mają bardziej wyrahowane poczucie humoru niż ci okropni panowie.

Czy suczka Esmeralda, na której testowano silikonowe implanty jest newsem bezużytecznym? Albo uścisk dłoni, który powinien trwać 3 sekundy? Może tak - może nie. Dzisiaj jednak z bezużytecznej zrobiła się wiedza całkowicie nieprzydatna.

I tylko wspomnianej miłości żal.

Warto poczytać. Książkę.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

1001 książek, które musisz przeczytać zanim umrzesz

Ludowe przysłowie mówi, że w życiu są tylko dwie rzeczy pewne - śmierć i płacenie podatków. Czasy obecne uświadamiają nam, że takich pewników jest trochę więcej - ja dodałbym do nich czytanie książek. Czasem zostaje już tylko ta przyjemność.

Peter Boxall w swojej encyklopedii "1001 książek, które musisz przeczytać" prezentuje czytelnikowi subiektywny wybór ponad 1000 wolumenów, które każdy człowiek przeczytać musi. Dokonali go przede wszystkim krytycy - znani i mniej znani; profesorowie literatury oraz dziennikarze i ... pisarze.

Pamiętajmy nadal, że jest to wybór subiektywny. Czy powinien się tam znaleźć "Dracula" Brama Stokera? Dlaczego tak mało jest powieści Agathy Christie? Czy pasuje tam "Demokracja" Didiona? Te i inne pytania nasuwają się mi za każdym razem, gdy szukam pewnika - lektury doskonałej.

Co dostajemy oprócz 1001 tytułów? Zestaw okładek i innych ilustracji, bez których ta opasła encyklopedia byłaby niczym więcej jak tylko streszczeniem światowej literatury. Wyróżnione cytaty oraz dokładna bibliografia pozwalają świetnie odnajdywać powiązane utwory tworząc połączenia, których próżno szukać w innych opracowaniach.

Nadal jednak trudno wyjaśnić brak "Biblii" oraz paru innych pisarskich osiągnięć na tej potężnej liście.

Klasyk, który w epoce e-literatury trzeba mieć w domu jako książkę drukowaną.

"1001 książek, które musisz przeczytać", Peter Boxall, Elipsa 2015.

piątek, 2 grudnia 2016

Katechizm libertyński

Książka o seksie? Poradnik dla niewtajemniczonych? Lubieżne zwierzenia, które przebijają strony XXX oraz wyznania współczesnych ludzi? "Katechizm libertyński" to mocne uderzenie w konserwatywne myślenie o seksie wszystkich wieków.

Dobry dymacz najpierw maca cycki, potem chwyta za dupkę a na końcu ląduje w kępce. Tam gmera aż do momentu, gdy ladacznica zajmie się jego filutem w odpowiedni sposób. Czasem trzeba sprytu kurewki, by dowiedzieć się, o co tak naprawdę facetowi chodzi. Za dużo seksu też niedobrze, bo panna zwiędnie i stanie się mniej elastyczna. A jakie wyposażenie powinna mieć ladacznica w pokoju? Oczywiście rózgę przyozdobioną wstążkami nawiązującymi do francuskiej rewolucji.

Powyższe to tylko niektóre z mocnych fragmentów katechizmu. Pewnie w czasach pierwszego wydania był przekazywany z rąk do rąk cichaczem - tak, by żadne służby nie zdążyły spalić obrazoburczego dzieła. Choć z drugiej strony takie uświadamianie wprost jest lepsze od mówienia o seksie metaforą.

Oprócz tego masa zmysłowych ilustracji i ciekawych wierszyków.


Książka do czytania w lunaparze i buduarze powinna być siłą napędową dla wydawnictwa, które nie raz musiało wychodzić z finansowych tarapatów.