wtorek, 29 stycznia 2019

Wyjogowane i warsztaty zdrowego kręgosłupa

wyjogowane.pl

Gracjana Chrostowska i Kinga Czekajło czyli zgrany i rodzinny duet z wyjogowane.pl przeprowadziły w ostatnią sobotę warsztaty dotyczące zdrowego kręgosłupa. Czy warto wybrać się na kolejne edycje? Jestem przekonany, że tak.


Dlaczego bolą nas plecy? Jaka jest budowa kręgosłupa? Czy lordoza jest stanem, którego należy się bać? Ile tak naprawdę ruszamy się dziennie? To tylko niektóre z pytań stawianych przez prowadzące podczas warsztatów.

Gracjana Chrostowska i Kinga Czekajło prowadziły warsztaty z jajem i będąc w świetnym kontakcie z uczestnikami. Zarówno ci, którzy dziewczyny znają chociażby z zajęć ze szkoły Magdy Ziemińskiej - 12 Asan jak i "świeżynki" mogli czuć się swobodnie i chłonąć porządną dawkę teorii i praktyki.

Teorii było w sam raz - praktyki jak zwykle chciałoby się więcej. Ćwiczenia, które pozwalają utrzymać człowiekowi kręgosłup w dobrym stanie są w XXI wieku błogosławieństwem. Uczestnicy poznali więc sposoby ćwiczenia mięśni dna miednicy (faceci też je ponoć mają), ćwiczenia mięśnia poprzecznego brzucha oraz ćwiczenia stóp (przepraszam za zniszczoną piłeczkę :)).

Prowadzące obaliły mit o kaloryferku i jego zdrowym charakterze oraz parę innych głupot, które w internecie krążą jako prawda nad prawdami. Wspomniane przede mnie ćwiczenia stóp stanowią świetny element uzupełniający praktykę jogi.

Zainteresowani mogli spróbować tak zwanej wheel yogi, która - jak pokazywał przykład wykonywanej przeze mnie świecy - wydaje się łatwiejsza a jednocześnie bardziej angażująca ćwiczącego.

Gracjana Chrostowska i Kinga Czekajło - robicie to dobrze i róbta tak dalej :)



sobota, 26 stycznia 2019

Inwazja. Wojtek Miłoszewski

Inwazja. Wojtek Miłoszewski

Wielu ludzi patrząc na to, co obecnie robi Rosja nie może uwierzyć, że w XXI wieku takie rzeczy się zdarzają. Wojciech Miłoszewski postanowił przestać myśleć i podszedł do tematu konkretnie - bardzo konkretnie. "Inwazja" jest bardzo prawdopodobną opowieścią o tym, co stać się może w niedalekiej przyszłości w Polsce, Europie i na świecie.



Współczesna Polska, w której żyją: Roman, były żołnierz wojsk specjalnych i uczestnik wielu zagranicznych misji, Danuta – kobieta kochająca luksus, ciężko pracująca i całkowicie uzależniona od ojca tyrana – oraz Michał, bezrobotny historyk z żoną i dwójką dzieci. Tych bohaterów nic nie łączy do momentu, kiedy ich życie ulega drastycznej zmianie – kraj, w którym żyją, znajdzie się w stanie wojny. Jak doszło do inwazji? Dlaczego Putin zaatakował Polskę? Gdzie są nasi sojusznicy? Tych odpowiedzi udziela Wojtek Miłoszewski w swojej debiutanckiej powieści.

Wojtek Miłoszewski "Inwazją" wychodzi z cienia swojego przystojnego, inteligentnego i nagrodzonego wieloma nagrodami brata. Wykorzystując przywoływane przez wydawcę doświadczenie jako scenarzysta pewnego paradokumentu pod tytułem "Policjantki i policjanci" łączy elementy militarne, sensacyjne, kryminalne, miłosne i te najważniejsze - futurologiczne.

Wojtek Miłoszewski nie unika używania czarnego humoru, którego w nadmiarze dostarcza polska polityka. Jest pewien prezydent, którego poczynaniami kieruje pewien człowiek smarujący nogi przed snem. Jest minister obrony, do którego bardziej pasuje nazwa minister wojny.

Na całe szczęście dostaje się nie tylko politykom partii rządzącej. Donald Trump jest prezydentem, który jest prezydentem przez przypadek. Angela Merkel i inni europejscy przywódcy również nie grzeszą inteligencją ani pomysłem na współczesną Europę i świat. Do tego dochodzą przedstawiciele świata arabskiego - chyba groźniejsi niż nasz wschodni sąsiad.

W tej całej opowieści, która mknie szybciej niż nasze narodowe Pendolino pojawia się pytanie - czy ktoś tą książkę przetłumaczył dla Putina, Merkelowej i reszty towarzystwa? Czy po takiej wizji Wojtek Miłoszewski może czuć się bezpiecznie w Paryżu? I czy prezes rzeczywiście naciera nogi i czy może warto zacząć naśladować? I dlaczego Wojtek każe nazywać się Wojtkiem a nie Wojciechem?

"Inwazja" jest świetna jedynie w książce. Gdyby to, co pisze Wojtek Miłoszewski zdarzyło się naprawdę 90 procent Polaków zmarłaby ze strachu. Pozostałe 10 procent znajduje się bowiem na emigracji na Islandii.

Mocna rzecz!


Kod Kathariny. Jørn Lier Horst

Kod Kathariny
Tajemnica śledztwa nierozwiązanego od lat to coś dla Williama Wistinga. Już w książce "Felicia zaginęła" mój ulubiony norweski policjant pokazał, że niepotrzebne jest "archiwum X", by dowiedzieć się, gdzie leży prawda. W "Kodzie Kathariny" zadanie jest zdecydowanie trudniejsze ale nie niewykonalne.


Sprawy zniknięć czy zabójstw, których nigdy nie rozwiązano od zawsze fascynuje media, pisarzy i zwykłych Kowalskich. Kto zabił? Kto ukradł walizkę z biżuterią? Dlaczego dokonano tak okrutnego czynu? To niektóre z pytań nasuwających się przy okazji kolejnej informacji o działaniach policjantów z "archiwum X".

W "Kodzie Kathariny" jest podobnie. Nierozwiązane od lat zniknięcie tytułowej Kathariny nie daje spokoju Williamowi Wistingowi. Od tego czasu co roku odwiedza on męża Kathariny, który ma niepodważalne alibi, ponieważ w dniu zaginięcia żony pracował daleko od domu jako budowlaniec.

Z biegiem lat stały kontakt komisarza z Martinem Haugenem przeradza się w przyjaźń. Mąż Kathariny przesyła życzenia oraz wspiera dzieci Williama Wistinga. Komisarz zaś interesuje się i spędza czas z Martinem.

Gdy po raz kolejny zbliża się rocznica zaginięcia Kathariny dom Haugena jest zamknięty. W tym szczególnym dniu Martin Haugen sam znika bez wieści. Czy on też zniknął? Kolejne wydarzenia sprawiają, że William Wisting zaczyna wątpić w niewinność mężczyzny. Co więcej może on być zamieszany w inne głośne zniknięcie sprzed lat.

Czy mój ulubiony komisarz wybierze wierność w przyjaźni czy może wierność ideałom dobrego gliny? To kluczowe pytanie towarzyszy czytelnikowi do ostatniej strony bowiem dopiero tam dowiadujemy się, jaka jest prawda. A jest ona zdecydowanie bardziej przerażająca niż poprzedzające wydarzenia mogły wskazywać.

Horst po raz kolejny stworzył świetną opowieść, którą w Trójmieście można przeczytać podróżując ze stacji Reda Pieleszewo do Gdyni Orłowa i z powrotem. Niesztampowo, ciekawie i zaskakująco - to główne argumenty za tym, by posiadać na półce nie tylko "Kod Kathariny" ale również pozostałe książki norweskiego autora.

Horst potrafi łączyć konkretną pracę policji z działaniami mediów i wydarzeniami, których jesteśmy świadkami dzisiaj. Problemy migracji, nietolerancji i przemocy poruszane przez autora dają do myślenia i są mocnym głosem w ogólnoświatowej dyskusji.

Bardzo dobra premiera kryminalna 2019. Trzeba mieć bezdyskusyjnie.


niedziela, 20 stycznia 2019

12 Asan i kolejna kąpiel w dźwiękach

www.12asan.pl

Historia leczenia dźwiękiem jest tak długa jak historia ludzkości. Ciągle zabiegane umysły nie wpływają dobrze na stan naszego zdrowia. Magda Ziemińska - założycielka wejherowskiej szkoły 12 Asan wie o tym doskonale organizując kolejne spotkania przy dźwiękach. 


W imprezie, która odbywała się w niedzielę, 20 stycznia uczestnicy mieli okazję poczuć ciekawe spektrum doznań - w tym najważniejsze - kierowanie mózgu ze stanu beta do alfa. To właśnie w tym stanie jesteśmy zrelaksowani, wyciszeni i zdecydowanie lepiej radzimy sobie z wyzwaniami dnia codziennego. To właśnie jest główne zadanie kąpieli w dźwiękach mis i gongów. 

Ilość dźwięków, jakie pojawiają się podczas wejherowskich kąpieli przez wielu porównywane jest do koncertu  orkiestry symfonicznej. Każdy z uczestników czuje co innego. Dla jednych mocne wibracje to potężna burza, dla innych zaś to orzeźwiająca fala. Niektórzy odgłos gongu kojarzą z czymś złym i strasznym - innych zaś są pobudzeni i gotowi stawić czoła nieznanemu. Słusznie zauważyła jedna z uczestniczek, iż ciekawe jest fat, że obecni swymi odprężonymi oddechami tworzą bardzo pozytywne wibracje uzupełniające misy i gongi. 

Szczególnie ciekawe dla mnie są dzwoneczki koshi pojawiające się w wejherowskiej kąpieli. Tworzone (nie produkowane!) u podnóża Pirenejów zapewniają intrygujący zestaw dźwięków kierujących mój umysł w błogi stan dzieciństwa. Dzwoneczki te - a jestem praktykiem - mogłyby być używane do usypiania dzieci. Sukces gwarantowany :) 

Kąpiel w dźwiękach mis i gongów to za każdym razem coś innego. Nie ma dwóch takich samych spotkań. Zdecydowanie warto - wszystkie informacje o najbliższych spotkaniach znajdują się na stronie szkoły Magdy Ziemińskiej

Namaste!


sobota, 19 stycznia 2019

Chandra Namaskar, czyli Powitanie Księżyca

Powitanie księżyca to w jodzie prawdopodobnie najciekawsza sekwencja ruchów. Zalecana do wyciszenia i wykonania przez snem stanowi idealne uzupełnienie wieczornej praktyki jogi. Poniższa rycina prezentuje jedną z wersji tego powitania. Namaste!



Powitanie księżyca. Ruchy

Wzgórze psów. Jakub Żulczyk

Wzgórze psów. Jakub Żulczyk

Kończąc "Zmorojewo" przypominało mi się, że przecież Jakub Żulczyk to autor równie dobrego "Wzgórza psów". Szkoda byłoby nie poznęcać się więc językiem miłości nad tą właśnie książką.


Wydane w 2017 roku "Wzgórze psów" to opowieść o naszej polskiej rzeczywistości. Krajobraz po transformacji Leszka Balcerowicza i wejście systemu kapitalistycznego odcisnęły piętno na takich małych miasteczkach jak Zybork - miejsce akcji.

To stamtąd pochodzi Mikołaj Głowacki - autor jednej, ciekawej opowieści, dzięki której ma pieniądze i sławę. Niestety - po głośnym debiucie przyszedł czas na twórczą blokadę. Warszawa nie jest miejscem, w którym natchnienie przychodzi łatwo więc Mikołaj wraz z żoną wyruszają na Mazury.

Jesteśmy świadkami trudnych relacji Mikołaja z ojcem, bratem i całą społecznością, która rządzi się swoimi prawami, a właściwie kodeksem. Wszystkim trzęsie Kalt, który z Zyborka uczynił miasto bandytów i gangsterów. Ojciec Mikołaja - Tomasz chce odwołać ze stanowiska panią burmistrz będącą gwarantem chorych układów. Misja ta to jednocześnie pokuta za wieloletnie znęcanie się nad matką Mikołaja.


Jakub Żulczyk umie obserwować to polskie piekiełko zapamiętując szczegóły. Autor "Wzgórza psów" potrafi ubrać swoje przemyślenia w historię trzymającą w napięciu aż do zaskakującego finału. Kryminał miesza się z sensacją i czasem fantastyką. Warszawa jest w tle walki szarych ludzi o przetrwanie na prowincji. A nie jest to łatwe, bo każdy z mieszkańców Zyborka jest jak pies - czasem ktoś rzuci ochłap, czasem pogłaszcze a gdy sprawia kłopoty zatłucze na śmierć.

"Wzgórze psów" to mocna opowieść o naszym kraju próbującym co rusz walczyć albo z mową nienawiści, czasem z opozycją, imigrantami, kościołem czy aborcją. I choć z tej walki gówno wychodzi i zaraz znów rzucamy się w pięknie dla nas pojęcie cierpienia to jednak bez tego nie możemy żyć. O czym dobrze wie autor "Wzgórza psów".

Trzeba kupić i przeczytać.

Zmorojewo. Jakub Żulczyk

Zmorojewo. Jakub Żulczyk

Jakub Żulczyk Polaków w swojej literaturze uczy, że czasem mieszkanie w bloku może skończyć się gorzej niż przejście na czerwonym świetle ("Instytut"). W "Ślepnąc od świateł" pokazał stolicę, jaka pasuje pokoleniu 30 plus i najlepszy obecnie zawód - nie będący na liście najlepszych profesji pracuj.pl - a mianowicie diler naroktyków. Czego dowiemy się ze "Zmorojewa"?


Jakub Żulczyk w tej książce pokazuje, że rocznik 1983 potrafi tworzyć ciekawą literaturę. Różnorodność tematów poruszanych przez autora "Zmorojewa" we wcześniejszych opowieściach pozwoliła powstać całkiem przyjemniej opowieści fantastycznej, której akcja dzieje się w naszym oświeconym XXI wieku na Mazurach.

Głównym bohaterem opowieści jest Tytus -15-letni fanatyk horroru, fantastyki i wszystkiego co z tym związane. Bez miłosnych sukcesów i w otoczeniu zaufanych kolegów wiedzie nudne życie warszawskiego nastolatka. Jego matka i ojciec są za bardzo zajęci nawet na odgrywanie swoich ról w "Zmorojewie" więc nie stanowią dla niego jakiegokolwiek punktu odniesienia.

Właśnie zanosi się na najnudniejsze wakacje jego życia u dziadków w Głuszycach. Jednak informacja na forum fanów zjawisk nadprzyrodzonych zmienia podejście Tytusa do tego wyjazdu.
Okazuje się bowiem, że w mazurskim lesie czai się Zło - legendy o nim od lat krążą po wsi. Gdy zaczynają ginąć ludzie i dzieją się dziwne rzeczy, niespodziewanie lato u nadpobudliwej babci zamienia się w mroczną przygodę.

Zmorojewo - miasto - widmo, strzygi, upiory i walka dobra ze złem to prawdziwe mięsko w tej opowieści. Jakub Żulczyk jak rasowy pisarz powieści grozy stworzył postacie żołnierzy zła - Gangreny, Strzępowatego czy ich przywódcy - Leszego. Naprzeciwko nich stają z pozoru tylko zwyczajni ludzie, którzy kiedyś brali udział w "ostatecznej" walce mocy ciemnych i jasnych. Kto wygra? Tego nie wiadomo do ostatniej strony.

Podziwiam u Żulczyka lekkość języka i umiejętność wciągania odbiorcy w każdą z jego opowieści. Pisarz, który dobrze czuje się pisząc niezależnie od gatunku jest pisarzem przez duże P.

Panie Żulczyk - rób nam dobrze jeszcze 100 lat!






Joga Mudry. Mała joga dłoni

Joga dłoni dla każdego

Czym są mudry? Co mają na celu? Czy ich praktykowanie to wyznawanie religii a może pomoc psychologiczna w XXI wieku? Odpowiada autorka książki "Joga Mudry. Mała joga dłoni". 


Mudry leczą nerwice, szybko uwalniają nas od stresu i jego skutków, doskonale poprawiają samopoczucie, ułatwiają koncentrację i zapamiętywanie. Tyle wniosków współczesnych zajmujących się mudrami.

Mudry to specjalne układy dłoni i palców często stosowane są podczas rytuałów religijnych przez mnichów buddyjskich. Możemy je często zobaczyć na filmach czy zdjęciach z Tybetu. Jednak specjalne układy dłoni to nie tylko ich domena. Również w hinduiźmie czy chrześcijaństwie (sic!) można zauważyć mudry właśnie.

Wielu twierdzi, że te wyglądające zwyczajnie ułożenia dłoni podwyższają też sprawność seksualną (nie sprawdzałem :)). Książka prezentuje czytelnikowi 25 mudr. Wychodząc od historii i pochodzenia  odbiorca dostaje ciekawą wiedzę dotyczącą każdej z nich.

Zaczynamy więc przygodę od mudry wiedzy, która jest znana powszechnie. Złączone kciuki z palcami wskazującymi mają według starożytnych poprawiać i wzmacniać pamięć oraz usuwać niepokój.

Poprzez mudrę wody, wiatru, ziemi czy grzebienia dochodzimy do bardziej skomplikowanych i bardziej pomocniczych (?) mudr, które pomogą nawet przy ataku serca (sic! po raz drugi). Tytuł książki wskazuje na związek pomiędzy ułożeniem dłoni a jogą. Czyli nawet nie będąc rozciągniętym jak gumka w majtkach można uprawiać jogę? A jakże!

"Joga mudry. Mała joga dłoni" pokazuje jak zadbać o siebie w XXI wieku bez wielkiego nakładu sił. Oczywiście nic nie działa od razu i taka praktyka winna być kontynuowana przez dłuższy czas aby zobaczyć efekty. Do odważnych świat należy bo droga ta wydaje się być bardzo ciekawa!

Namaste!

niedziela, 13 stycznia 2019

Sitali Pranayama

Bardzo ciekawy sposób na oddychanie redukujące napięcie i stres. Joga rządzi.





Tatuażysta z Auschwitz. Morris Heather

Tatuażysta z Auschwitz

"Tatuażysta z Auschwitz" to opowieść Lale  Sokołowa, którą usłyszała i spisała Morris Heather. Opowiada o losach człowieka, który tatuował nowo przybyłych do obozu znacząc ich i tworząc nową tożsamość opartą tylko na liczbach.


O Auschwitz powstało już setki książek. Mieliśmy wspomnienia ocalałych z obozu zagłady dzielących się wydarzeniami, które bardziej przypominają Apokalipsę niż działania człowieka. W wielu opowieściach brak było jakichkolwiek uczuć. Zofia Nałkowska zwracała uwagę na fakt, że wielokrotnie pomiędzy ofiarami obozów a katami była tylko cienka granica. Czy nieudzielenie pomocy współwięźniowi to kierowanie się w stronę bycia katem?

Wspomnienia Lalego wyróżnia miłość i chęć niesienia pomocy. W kolejce do tatuażysty stanęła pewnego dnia młoda, przerażona dziewczyna – Gita – a młody Lale zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. To właśnie w obozie po raz pierwszy rozmawiali, flirtowali, wymienili pocałunki. Ich uczucie przetrwało nazistowskie piekło, pobrali się i spędzili razem resztę życia.

To jednak także w obozie - wierząc opowieści Lalego - okazał się on prawdziwym człowiekiem, któremu zależało na innych. Dzięki swojej pozycji mógł nie tylko pielęgnować jedyną i prawdziwą miłość w życiu ale również pomagać tym, którzy przeżywali klęskę głodu czy choroby.

Lale Sokołow trafił do obozu w Auschwitz w 1942 roku. Miał wówczas dwadzieścia sześć lat, znał kilka języków, co ułatwiało niesienie pomocy. Odważny w stosunku do oprawców i niezwykle pomysłowy na zawsze wpisał się w obraz tych "pozytywnych" postaci z Auschwitz.

Lale Sokołow zdecydował się opowiedzieć swoją historię dopiero po śmierci Gity. Dobrze, że nie zabrał jej ze sobą do grobu. Mówienie o piekle wojny jest potrzebne nadal - a może szczególnie - w XXI wieku gdy zapominamy o tym do czego zdolny jest człowiek z chorymi pomysłami.


To o nas. Piotr C.

To o nas. Piotr C.

Autor "Pokolenia Ikea" dokładnie przed 1 listopada ubiegłego roku uszczęśliwił fanów nową książką. "To o nas" to opowieść, która dla wielu jest odzwierciedleniem ich własnego życia w erze Facebooka, Tindera i Instagrama.

Główni bohaterowie to współcześni 30-latkowie, którzy w mitycznej Warszawie pracują w korporacjach prawniczych, mają swoje małe mieszkanka na kredyt lub w prezencie od rodziców i cały czas szukają. Czego?

Zdrowe jedzenie miesza się z alkoholem w dużych i częstych ilościach. Krzysztof - postać główna powieści mówi - Ile to dużo? Tyle ile właśnie wypiłem. Drina goni kolejny drin i kac i coś na ból głowy i życia. Obowiązkowo musi być Żabka, piwo lub wino i chipsy. Bo chipsy - jak sądzi jedna z bohaterek "To o nas" - do życia pasują idealnie.

Znane marki mieszają się z szarym życiem, w którym miłość równa się zarwanie laski na tinderze. Jak pisze jeden z bohaterów: Tinder, Tinder, Tinder, Ruchanie.

Seks dla bohaterów "To o nas" akt higieny.  Mężczyźni to - według kobiet - jednorazówki dobre do ruchania przed okresem. Kobiety to - według mężczyzn 0 blachary, które muszą zawsze za początku zrobić loda - jak na Pornhubie czy innym Redtubie. Muszą jęczeć i cieszyć się, że znalazł się jeden z drugim buchaj mogący zrobić jej dobrze. A co ona w tym czasie? Myśli o wymalowaniu sufitu, zrobieniu prania czy zakończeniu obijania ud przez nażartego bromu kolesia z tindera.

Bohaterowie żyją obok siebie szukając prawdopodobnie miłości. Pojedyncze myśli o tym, że bliskość to nie tylko seks są rzeczywiście pojedyncze. Ważniejsze jest utrzymanie pracy i jej atmosfery, która sprowadza się do kawy z mlekiem sojowym czy innego ekologicznego latte.

Czy ta książka jest rzeczywiście o nas? Pokoleniu trzydziestolatków z kredytami, bez rodzin i pomysłów na przyszłość? Czy jesteśmy tacy puści, że kierujemy się bardziej tym, że w gazecie napisali, iż każda kobieta musi mieć rozmiar 36 a facet członka do kolan? Że warto jeść owsiankę i codziennie biegać bez celu ale dla zgubienia cellulitu?

Piotr C. serwuje czytelnikowi zimny prysznic i pozwala na zobaczenie jak wielu z nas stoi w swojej strefie komfortu. Z korporacją, Biedronką, piwkiem i weekendowym melanżem w zanadrzu. A emocje? A uczucia? A świat widziany nie tylko z perspektywy Facebooka czy Instagrama?

Zapraszam do lektury i mocnej konfrontacji ze światem, który nie jest w moim klimacie. Pozdrawiam jednak wszystkich, którzy jutro w korpo będą znów mierzyć się ze światem w wielkiej samotności i z perspektywy wirtualnej rzeczywistości. Nie warto :)











Król. Szczepan Twardoch

Król. Szczepan Twardoch
Czy "Król" Szczepana Twardocha to opowieść mająca wiele wspólnego z historią Polski? A może tylko pomysł autora, który umie tworzyć losy bohaterów wciągane przez czytelnika jak dobra kokaina? 


Dla mnie "Król" jest powieścią, w której Szczepan Twardoch pokazuje, na czym zawód pisarza polega. Nie musi bowiem autor trzymać się historii dokładnie, bo inaczej "Król" byłby nudną opowieścią bez zaskakującego finału. A tak jest bardzo gorąco!

Żydowski bokser Jakub Szapiro wraz z żydowską mafią "terroryzują" Warszawę biorąc z życia i warszawskich ulic ile się da. Wraz ze swoim szefem - Kapicą - ściągają haracze, handlują narkotykami i rozbijają się kolejnymi samochodami wartymi więcej niż zarabiają ówcześni politycy, artyści i biznesmeni razem wzięci. Po udanej robocie odwiedzają popularny dom publiczny u Ryfki Kij prowadząc jednocześnie poważne rozmowy o antysemityzmie, polskiej polityce i historii. W domach zaś starają się być poprawnymi mężami i ojcami, którzy nie wyróżniają się niczym szczególnym.

Opowiada nam te historie Mosze Inbar - narrator - z perspektywy starszego już człowieka mieszkającego w Tel Awiwie. To jego ojca Jakub Szapiro zabił za długi i to jego właśnie wziął na wychowanie do swojego świata. Relacja wydaje się więc bardzo prawdziwa choć narrator co rusz miota się i zatrzymuje mierząc się z myślami dotyczącymi prawdziwości całej opowieści.

Szczepan Twardoch pokazuje lata 30 XX wieku w stylu, który wielu historyków uważa za przekoloryzowany czy mówiąc wprost - kłamliwy. A przecież - tak jak pisałem na początku - nie o prawdę w "Królu" chodzi a o dobrą opowieść o Warszawie. Mówiącą wieloma językami, spotykającą się na różnych płaszczyznach i będącą miastem dla każdego stolica robi na czytelniku piorunujące wrażenie.

Mówią prawdziwi patrioci, że Twardoch przypodobał się środowiskom, które - podobnie do narodowców - mają jeden, słuszny pomysł na historię czyli Polacy to ci źli, bo prześladowali i mordowali Żydów. Jaka jest naprawdę?

Twardoch świetnie kreuje atmosferę, w której relacje polsko-żydowskie napięte są niczym struna. Strona polska jest w "Królu" zła i krzywdząca - żydowska zaś - pomimo uprawianej gangsterki - wydaje się być pokrzywdzona z racji swoich korzeni. Jestem przekonany, że Szczepan Twardoch tworząc taką opowieść namawia czytelnika do poszukiwań i wzbudza chęć poznania prawdy o tamtych czasach. Dyskusja zaś nie mus sprowadzać się do tego, po której stronie jest autor "Króla" i czy za takie pisanie dostanie kolejną nagrodę.

Książka dobra jak wspomniana przeze mnie na początku kokaina. Tej zresztą używają bohaterowie więcej niż u Jakuba Żulczyka w "Ślepnąc od świateł". Jestem przekonany, że to dobry materiał na ekranizację wraz z "Królestwem" - kontynuacją omawianej powyżej książki.





czwartek, 10 stycznia 2019

Joga dla całej rodziny

Joga dla całej rodziny
Joanna Jakubik - Hajdukiewicz - wykwalifikowana instruktorka jogi napisała książkę skierowaną zarówno do rodziców i nauczycieli jogi. 

Dlaczego? W proponowanych przez autorkę scenariuszach każdy - i instruktor i rodzic znajdzie pomysł na wykorzystanie asan w zabawie i ku rozwojowi najmłodszych i tych starszych członków rodzin.

"Joga dla całej rodziny" to scenariusze zajęć z wykorzystaniem znanych z jogi pozycji. Ćwiczenia i zabawy ruchowe pochodzące z jogi mają wiele pozytywnych aspektów.

Przede wszystkim integrują ćwiczących, umacniają więzi i uczą współdziałania, a także rozwijają komunikatywność, empatię i zdyscyplinowanie u adeptów tej sztuki. Ponadto joga rozwija świadomości swojego ciała już od wczesnego dzieciństwa.

W publikacji autorka zawarła 10 autorskich scenariuszy. Autorka prezentuje założenia jogi oraz poszczególnych asan od podstaw. Wykorzystuje do tego ciekawe opowieści dotyczące najpopularniejszych asan takich jak wielbłąd, pies czy kruk.

"Joga dla całej rodziny" to książka pokazująca, że czas spędzany wspólnie nie musi polegać na siedzeniu przed telewizorem, chodzeniu po galeriach czy graniu w gry.

Ciekawie. Zapraszam do lektury.

niedziela, 6 stycznia 2019

Boskie zwierzęta. Szymon Hołownia

Boskie Zwierzęta. Szymon Hołownia

Jest niedziela. Co tam jedliście na obiad? Rosołek z kurki na pierwsze i karkóweczka na drugie danie? A może zraziki wieprzowe? Albo sznycelek? Jeśli tak to teraz możecie posilić się "Boskimi zwierzętami" Szymona Hołowni.


Współprowadzący "Mam talent" i medialny kaznodzieja tym razem - po prezentacji największych katolickich świętych i tłumaczeniu Prokopowi, iż Chrześcijanie nie są tacy źli - zajmuje się tematyką ... jedzenia. Dokładniej zaś przygląda się naszym mięsnym zwyczajom i wszystkiemu, co z nim związane.

Czy zwierzęta mają duszę? Co dzieje się z nimi po śmierci? Idą do nieba, a czy mogą trafić do piekła? To niektóre z pytań zadawanych przez Szymona Hołownię na kartach "Boskich zwierząt". Jeśli pójdziemy tropem autora to schabowy z punktu widzenia Katolika nie jest już taki soczysty i sycący a świnka nie kojarzy się tylko z tłuszczykiem i pysznymi ogonkami.

Szymon Hołownia oprócz omawiania tematu zwierząt i ich zabijania w kontekście wiary podaje konkretne przykłady, które nie sprawią, że czytelnik po lekturze "Boskich zwierząt" ruszy wprost do Burger Kinga.

Rzeźnie nie przestrzegające żadnych praw mordując masowo wszystko, co wyhodują. Fermy kur, w których kura mało ma wspólnego z wesołą kokoszką z opakowania udek. Świnie tuczone szybciej niż Pan Bóg sobie to założył. Ubój rytualny będący jedynie religijnie tłumaczonym morderstwem.  Jestem przekonany - cytując Hołownię - iż gdyby rzeźnie miały szklane ściany spożycie mięsa byłoby żadne.

Okazuje się, że nawet prawdziwy facet nie musi wpier.... stejków jak mawia Robert Burnejka. Mity o białku zwierzęcym - tak bardzo potrzebnym do życia - jest szyty grubymi nićmi. Choć Hołownia dietetykiem nie jest posiłkując się literaturą tłumaczy ten temat jak rasowy lekarz pierwszego kontaktu.

"Boskie zwięrzęta" inspirują do działania. Szymon Hołownia udowadnia, że nie od razu trzeba zostać wegetarianinem czy innym weganem, by zostać zbawionym. Zaczynając od małych kroków każdy z nas może zmieniać świat na lepsze. Jeść mniej mięsa, kupować odpowiedzialnie, segregować odpady i wierzyć, że to ma sens.

A jeśli "Boskie zwierzęta" was nie przekonają obejrzyjcie film poniżej. Na zdrowie!





sobota, 5 stycznia 2019

Łapy precz od żartów. Abelard Giza i Jacek Stramik

Łapy precz od żartów. Abelard Giza i Jacek Stramik

Czy w Polsce obowiązują tematy tabu? Czy jednak można normalnie rozmawiać o wszystkim - seksie, polityce, aborcji, eutanazji i Żydach? Z pewnością nie, choć Abelard Giza wespół z Jackiem Stramikiem przeprowadzają krótki kurs udanego dialogu w XXI wieku w książce"Łapy precz od żartów".


Zaczynają od Filipa Chajzera - człowieka znanego z tego, że ma znanego ojca i doświadczył w życiu wielkiej tragedii. Filip jest celebrytą, który nie raz udowodnił, iż nie lubi jak ktoś śmieje się z niego. Nienawidzą tego także jego wierni facebookowi fani prowadzący lincz na takim śmieszku od Chajzera. Śmiejesz się z Chajzera? Śmiejesz się z Wojewódzkiego? Uważaj, bo nie mają cierpliwości do śmieszków. Czy jest w Polsce granica dialogu? Czy można śmiać się z polskich celebrytów? Odpowiadają Giza i Stramik.

Abelard Giza i Jacek Stramik rozkręcają się jak hula-hop na otyłej pani. Piszą o aborcji, eutanazji, Żydach, których w Polsce większość widzi sporo, Niemcach, których Polacy nienawidzą i Wojciechu Cejrowskim - patriotycznym stan-uperze. Czasem śmiesznie, czasem zabawnie ale zawsze z szacunkiem dla poglądów drugiej osoby. Choć - jak słusznie pisze Stramik - po lewej i prawej stronie politycznej sceny znajdą się zawsze jakieś nieciekawe typy.

Wbrew zapewnieniom wydawnictwa zarówno Abelard Giza jak i Jacek Stramik są po tej samej stronie barykady. Nie przepadają za PiS-em, nie znoszą braku tolerancji i uwielbiają angielskie piwo pite przed (i po) występach dla Polonii w Londynie.

Stramik kreujący się na abnegata, który co rusz próbuje (albo odmawia) nowym używkom i pięknym kobietom wraz z Gizą - komikiem w kapciach, dwójką dzieci i żoną piszą o Polsce i świecie, jaki jest naprawdę. Prawie jak Mariusz Max Kolonko - tylko bez tego akcentu. Bez udziwnień, bez zamykania oczu i stwierdzania, że wszystko jest spoko. Nie jest! Nawet w przećpanych oczach i uszach Jacka Stramika.

Zapytacie się, dlaczego? Zanim skrytykujecie mocny stand-up jednego czy drugiego autora weźcie "Łapy precz od żartów" i się wtedy mądrzcie - tak jak ja wyżej!

Udanej lektury.



Azul czyli gra nie tylko dla prawdziwych artystów

Azul. Gra planszowa

Azulejos to oryginalnie biało-niebieskie płytki ceramiczne, sprowadzone do Europy przez Maurów. Sławę i popularność w Portugalii zdobyły po wizycie króla Manuela I w południowej Hiszpanii. 



Król zafascynował się oszałamiającym pięknem mauretańskich dekoracji pałacu w Alhambrze i pod ich wrażeniem zlecił natychmiast przyozdobienie swojego pałacu w Portugalii podobnymi płytkami. Rozmach i niesamowite piękno tego do dzisiaj robią wrażenie. Łącząc wszystkie najlepsze cechy ceramiki twórcy gry "Azul" postanowili rozprzestrzenić miłość do płytek na cały świat.

W grze Azul wcielasz się w artystę, układającego przepiękne mozaiki z Azulejos na ścianach pałacu królewskiego w Évorze.

W trakcie rundy każdy gracz wybiera płytki z jednego z warsztatów dostawców i układa w swoim magazynie. Następnie wszyscy gracze jednocześnie - w ściśle określony sposób - przenoszą zebrane płytki na ścianę pałacu. Po ułożeniu płytek na ścianie podliczane są punkty. Wygra gracz, który zdobędzie najwięcej punktów w trakcie gry.

Zadanie pozornie jest łatwe. Należy tak dobierać płytki, aby zebrać jak najwięcej punktów. Warto więc posiadać plan, dzięki któremu kolejne rzędy dadzą nam przewagę nad przeciwnikiem. Należy też uważać, aby za nie wybrać płytek, które dadzą punkty ujemne. W tym przypadku możemy podczas jednej rundy stracić większość uzbieranych punktów.

Grając pierwszą rozgrywkę z żoną przegrałem z kretesem. Druga partia odbyła się po mojej myśli sięgając 88 punktów, co nie jest złym wynikiem. Średni czas dla rozgrywki dwuosobowej to 35 minut. W "Azul" można grać nawet z sześciolatkiem :) więc ograniczenia wiekowe są tylko dla dzieci, które mogą próbować zjeść płytki czy inne elementy gry.

"Azul" oprócz waloru rozrywkowego ma również wartość artystyczną.  100 żywicznych płytek wraz z 4 planszami graczy pozwalają uruchomić twórczą stronę każdego z grających. Układając kolejne kafelki możemy puścić wodze fantazji jednocześnie pamiętając o zdobywaniu kolejnych punktów. Jeśli jednak się nam nie uda - trudno!

"Azul" to gra, w której nie zawsze liczy się zwycięstwo.




wtorek, 1 stycznia 2019

Othello czyli Reversi rządzą!

Othello znane również pod nazwą Reversi to wciągająca gra logiczna, której korzenie sięgają XVIII wieku. 

Othello znana również pod nazwą Revers


W grę od XIX wieku gra niemal cała Europa. O jej wielkiej popularności zadecydowały proste reguły (prostsze niż warcabów) i bogactwo kombinacyjne dorównujące szachom. Od tych ostatnich gra jest jednak zdecydowanie bardziej dynamiczna. Kiedy znajomi z Francji przyjechali na tegoroczne święta Bożego Narodzenia Othello nie było im obce - to według nich gra klasyczna i podstawowa dla większości Francuzów.


Rozgrywka toczy się na kwadratowej planszy podzielonej na 64 pola (8x8).

Każdy z graczy ma dostęp do wspólnego zestawu dwustronnych pionków (zwyczajowo, z jedną stroną białą, a drugą czarną). Gracze na zmianę wykonują ruchy dokładając na planszy pionki w swoim kolorze.

Pionki należy układać w taki sposób, aby pomiędzy pionkami gracza (poziomo, pionowo lub na skos) znalazła się jak największa ilość pionków przeciwnika. Po wykonaniu ruchu, wszystkie te pionki zostają przejęte i zmieniają kolor. Jeżeli gracz nie może wykonać dozwolonego przepisami posunięcia, musi pauzować (traci kolejkę).



Celem gry jest ułożenie na planszy jak największej ilości pionków, tak aby zamienić pionki przeciwnika na własne.

Wygrywa ten z graczy, którego większa liczba pionków znajduje się na planszy po zakończeniu gry. Według instrukcji - w przypadku równej ilości pionków, gra kończy się remisem. Pomimo rozegrania kilkudziesięciu rund nie było takiej sytuacji.

Gra jest wciągająca pomimo pozornej prostoty. Każdy chce wygrać więc co rusz następuje rewanż. Także cena jest bardzo przekonująca (około 39 zł). Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić do gry.