Strony

niedziela, 14 czerwca 2026

"Dzień objawienia" – recenzja. Spielberg odkrywa kosmitów, gubi scenariusz

Jest rok 2026, a Steven Spielberg po raz trzeci w karierze wita na Ziemi gości z kosmosu. Po "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia" i "E.T." przyszedł czas na "Dzień objawienia" – film, który przez 2 godziny i 25 minut zadaje wielkie pytania o sens życia we wszechświecie, a odpowiada na nie mniej więcej tak, jakby ktoś po drodze zgubił drugą połowę scenariusza. Oto recenzja filmu, w którym największą tajemnicą nie są kosmici, lecz to, jak budżet tej wielkości pomieścił aż tyle scen do niczego nieprowadzących.

 

O czym jest "Dzień objawienia"? Krótkie streszczenie

Daniel (Josh O'Connor), analityk tajnej agencji, wykrada dowody na istnienie obcych i postanawia wrzucić je do internetu – bo w 2026 roku najpewniejszym sposobem na ujawnienie prawdy ludzkości wciąż jest upload. Na drugim końcu kraju telewizyjna pogodynka Margaret (Emily Blunt) nagle zaczyna mówić w niezrozumiałym języku, co – jak się okazuje – nie jest wynikiem nieprzespanej nocy, lecz kosmicznego zrządzenia losu. W tle czai się rządowy łowca w garniturze, Scanlon (Colin Firth), oraz cała armia agentów, których największym osiągnięciem fabularnym jest niezłapanie nikogo.

Brzmi jak przepis na hit. Williams pisze muzykę, obsada pierwszoligowa, reżyser-legenda. Co mogło pójść nie tak? Praktycznie wszystko poza finałem.

Gatunkowy bufet, czyli weź wszystko i nic nie dokończ

Największym kosmitą w "Dniu objawienia" jest sam scenariusz, który nie potrafi zdecydować, czym chce być, gdy dorośnie. Film startuje jak relacja z gali wrestlingu, po chwili udaje thriller szpiegowski, następnie kino akcji z pościgami, dorzuca szczyptę horroru, liźnie baśni, a na deser serwuje paradokumentalne ujęcia rodem z "Z Archiwum X". To nie jest film. To bufet "wszystko, co znajdziesz w lodówce", podany przez najlepszego kucharza na świecie, który tym razem postanowił po prostu zmiksować zawartość spiżarni.

Efekt? Widz przez pierwszą godzinę z lekka błądzi razem z bohaterami, którzy chodzą w kółko z poczuciem misji, ale bez celu. To rzadki przypadek, gdy oglądasz superprodukcję i masz ochotę zapytać postaci: "przepraszam, ale dokąd właściwie idziemy?"

Najgroźniejsza agencja świata zatrudnia samych pechowców

Serce komediowe tej recenzji bije dla agentów Wardexu. Ciemne garnitury, ciemne okulary, ciemne samochody i – jak się okazuje – równie ciemno pod hełmem. To zgraja zawodowców, przed którą pojedynczy, spanikowany nerd ukrywa się za prowizorycznym płotkiem i skutecznie wyprowadza w pole kilkudziesięciu wyszkolonych ludzi. W kinie sci-fi dawno nie widzieliśmy tak utalentowanej grupy nieudaczników.

Problem w tym, że gdy wiadomo, że bohaterom nic nie grozi (bo nie ma kto im zagrozić), napięcie znika jak kosmita po napisach końcowych. Trudno drżeć o los Daniela i Margaret, skoro ich główną bronią jest niekompetencja przeciwnika.

John Williams gra do zupełnie innego filmu

I tu popełnię świętokradztwo: monumentalna, "zamaszysta" muzyka Johna Williamsa pasuje do "Dnia objawienia" mniej więcej tak, jak fanfary do oglądania prognozy pogody. Te dźwięki aż proszą się o Indianę Jonesa albo galaktykę dawno, dawno temu. Tutaj brzmią, jakby dwóch nestorów kina umówiło się, że jeden napisze epicki soundtrack, a drugi w zamian nie będzie musiał budować napięcia sam. Spielberg daje Williamsowi przestrzeń, Williams odrabia za Spielberga dramaturgię. Koleżeńska wymiana przysług na koszt widza.

Emily Blunt i Josh O'Connor – jedyni, którzy wiedzą, w czym grają

Żeby nie było, że to laurka dla narzekania: duet Emily Blunt i Josh O'Connor to powód, dla którego "Dzień objawienia" w ogóle warto obejrzeć. Blunt swoją energią i klasą przyciąga oko nawet wtedy, gdy scenariusz każe jej dreptać w miejscu, a O'Connor jest castingowym strzałem w dziesiątkę w roli zaszczutego sygnalisty-nerda. W drugim planie błyszczy Eve Hewson jako Jane – w zasadzie jedyna postać, która zadaje sobie pytanie "po co my to wszystko robimy?", podczas gdy reszta bohaterów ma motywację streszczalną w dwóch słowach: "bo trzeba".

Colin Firth jako czarny charakter sprawia wrażenie, jakby grał na autopilocie – ale w obronie aktora: trudno z zaangażowaniem ścigać kogoś, kogo i tak nie da się złapać przez płotek.

Finał, czyli nagroda dla wytrwałych

A teraz coś, co boli najbardziej: finał "Dnia objawienia" jest naprawdę świetny. To te kilkanaście minut, w których wszystko – montaż, zdjęcia, muzyka, aktorstwo – wskakuje wreszcie na właściwą częstotliwość, a widownia zastyga w bezruchu. Spielberg przypomina, że wciąż potrafi zahipnotyzować salę. Problem w tym, że żeby dotrzeć do tej nagrody, trzeba najpierw przebrnąć przez dwie godziny gatunkowego chaosu, scen-wydmuszek i pościgów, które niczego nie wnoszą.

Czy cel uświęca środki? Powiedzmy uczciwie: nie do końca. To jak zjeść całe pudełko nieświeżych pączków, żeby na samym dnie znaleźć jednego idealnego.

"Dzień objawienia" – warto iść do kina?

Jeśli jesteś fanem Spielberga, sci-fi o kosmitach i potrafisz wybaczyć filmowi, że przez większość czasu sam nie wie, czym jest – tak, dla finału i dla duetu Blunt/O'Connor warto. Jeśli oczekujesz powrotu mistrza do absolutnie najwyższej formy – włóż te oczekiwania do plecaka Daniela i nie pokazuj nikomu.

To poprawne kino z elementami science-fiction, kilkoma bardzo dobrymi momentami i znakomitym finałem. Tyle że "niezidentyfikowany obiekt filmowy" tym razem fascynuje głównie tym, jak bardzo nie chce się zdecydować, czym właściwie jest.

Ocena: 5/10 – plus jedno oczko za finał, minus dwa za agentów.

 

FAQ – "Dzień objawienia"

Kto wyreżyserował "Dzień objawienia"? Steven Spielberg. To jego trzeci film o spotkaniu z kosmitami, po "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia" i "E.T." – i zarazem najsłabsze ogniwo tej nieformalnej trylogii.

Kto gra w "Dniu objawienia"? W obsadzie m.in. Emily Blunt, Josh O'Connor, Colin Firth, Colman Domingo i Eve Hewson. Muzykę skomponował John Williams, scenariusz napisał David Koepp.

Ile trwa "Dzień objawienia"? 2 godziny i 25 minut. Subiektywnie: o jakąś godzinę dłużej, niż wymaga tego fabuła.

O czym jest "Dzień objawienia"? O analityku, który wykrada dowody na istnienie obcych, i o pogodynce nieświadomie połączonej z nim kosmiczną tajemnicą. W tle: rządowa agencja, koniec świata i kilka wielkich pytań filozoficznych z dość pospiesznymi odpowiedziami.

Czy warto iść do kina na "Dzień objawienia"? Dla finału i ról Emily Blunt oraz Josha O'Connora – tak. Dla spójnego scenariusza i napięcia – niekoniecznie.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz