czwartek, 18 kwietnia 2019

Villas. Iza Michalewicz i Jerzy Danilewicz

Villas

Czesława Gospodarek znana bardziej jako pani Villas odniosła niesamowity sukces w czasach, kiedy wszystkiemu brakowało kolorów.

W szarych czasach PRL-u Violetta Villas była jak malowany ptak. W latach 60. stała się na dwie dekady jedną z muzycznych ikon, towarem eksportowym. Często krytykowana w Polsce za styl i ekstrawagancję, za granicą przyjmowana była entuzjastycznie zarówno przez publiczność, jak i recenzentów. Owiane już legendą wyjazdy do USA gdzie zarabiała - jak podają autorzy książki "Villas" - małe pieniądze podłóg swoich wokalnych możliwości.


Przecież wtedy zachwycano się jej głosem. Śpiewała, grała w filmach i musicalach. Występowała w paryskiej Olimpii i nowojorskim Carnegie Hall, przez kilka sezonów była gwiazdą rewii Casino de Paris w Las Vegas.

Jaka była prawdziwa Violetta Villas? Autorzy książki w skrupulatny sposób składają wspomnienia, fakty i tropy, na jakie wpadli podczas pracy nad "Villas". Okazuje się, że za zasłoną pewnej i utalentowanej kobiety mamy osobę walczącą z samą sobą.

 Iza Michalewicz i Jerzy Danilewicz przywołują wspomnienia bliskich Villas, którzy podejrzewali, iż pobyt w Stanach wciągnął ją w bagno uzależnień. Kolejne lata i nieleczone choroby pogłębiały stan nieufności i oderwania od rzeczywistości.

Pokolenie urodzone po roku 1990 kojarzy Villas jedynie jako twórczynię schroniska dla psów, kotów i koziołków w Lewinie. Osobę, która ledwo wiązała koniec z końcem. Autorzy rozmawiali z Michałem Wiśniewskim próbującym wtedy pomóc Czesławie Gospodarek. Był również radca prawny, który bezinteresownie starał się dźwignąć gwiazdę z dołka. Okazało się, że piosenkarka nie płaciła składek w ZAiKS więc nawet tam trzeba było wszystko odkręcać. Na próżno.

Wydanie elektroniczne, które miałem okazję czytać wzbogacono o dwa rozdziały opisujące to, co działo się po śmierci gwiazdy w grudniu 2011 roku, w tym m.in. postępowanie spadkowe i historię Elżbiety Budzyńskiej, opiekunki Villas. Kobiety obwołanej przez media tą złą i chciwą na majątek divy. Jak skończyła się ta sprawa? Co teraz dzieje się z majątkiem (?) Villas?

Mocna książka.

środa, 17 kwietnia 2019

Płaczę z tymi, którzy nie płaczą. Bogdan Białek

Płaczę z tymi, którzy nie płaczą

Bogdan Białek - redaktor naczelny "Charakterów" od lat głosi światu prawdę o Pogromie Kieleckim. Wydarzenie, które ostatnimi czasy jest dla niektórych spiskiem UB dla Białka jest historią dotykającą nas wszystkich.


Pogrom kielecki to seria napadów na ludność żydowską, jaka miała miejsce 4 lipca 1946 roku w Kielcach. Pogromu dokonali mieszkańcy Kielc wraz z żołnierzami i milicją. Zgnięło ponad 37 osób a 35 zostało rannych. Wydarzenie to zapoczątkowało emigrację ludności żydowskiej z Polski.

Bogdan Białek w rozmowach zawartych w książce "Płaczę z tymi, którzy nie płaczą" wyjaśnia powody, dla których zajmuje się tą historią. Historią, która nie pozwala zapomnieć także o Holkauście a jednocześnie wymaga otwartej postawy przyjmującej, że nie wszyscy ludzie są bezsprzecznie czyści.

Bogdan Białek przeżywa ból ludzi, którzy nie umieją prosto mówić o tym, co ich boli. Wydaje się, że Pogrom Kielecki to trauma pokoleń chcących zapomnieć o takim wydarzeniu. Białek jak sprawny psychoterapeuta, cierpliwie walczy o to by ciężar tamtych wydarzeń nie zgniótł ludzi. Bez żydowskich korzeni człowiek walczy z antysemityzmem i nienawiścią.

Kiedy w kieleckiej synagodze znów zabrzmiały modlitwy świadkowie wydarzenia widzieli ogromne wzruszenie Bogdana Białka. Jego misja - wydawać by się mogło - skazana na niepowodzenie stała się symbolem walki z wszelaką nienawiścią i fobią.

Czytając "Płaczę z tymi, którzy nie płaczą" wiem, że choć trudno jest jednostce walczyć o prawdę i nazywać rzeczy po imieniu to są ludzie, którym się to udaje. Panie Bogdanie - dziękuję!






sobota, 13 kwietnia 2019

Królestwo. Szczepan Twardoch

Królestwo. Szczepan Twardoch

Szczepan Twardoch nie boi się poruszać tematów trudnych. II Wojna Światowa, Żydzi, Polacy i ich relacje są pokazane w mistrzowski sposób na kartach "Królestwa".


Tym razem bohaterem pierwszoplanowym nie jest już Jakub Szapiro - żydowski bokser i gangster. Walkę o przetrwanie musi wziąć na swoje barki Ryfka - burdelmama i nieszczęśliwie zakochana w złym człowieku kobieta - postać pierwszoplanowa.

Ukrywając się w ruinach Politechniki warszawscy Romeo i Julia próbują przetrwać żywiąc się jednym ziemniakiem i resztkami, jakie Ryfka znajdzie podczas nocnych obchodów stolicy. Jest nocnym zwierzęciem - skutecznym aż do bólu.

Szczepan Twardoch w opozycji do "Królestwa" nie stosuje fantastycznych zabiegów. W opowieści Ryfki, Dawida (syna Jakuba) widać tą niebezpieczną rzeczywistość wojny, okupacji i getta. Głód, śmierć i wszechobecne cierpienie zakrywają Boga, który nie reaguje. W "Królestwie" nie ma pytania, czy Bóg istnieje - są tylko dowody na jego brak.

Nie ma w "Królestwie" dobrych Polaków. Wyrzucają Żydów z ich domów, każą wypier... z Polski i świetnie współpracują z nazistami. Dawida próbują okraść nawet gdy ten prawie zginął uciekając z transportu do Treblinki. Żyd to dla Polaka w "Królestwie" bogacz, którego należy okraść wyrównując te przedwojenne nierówności.

Szczepan Twardoch generalizuje i pewnie czyni to tylko i wyłącznie na potrzeby "Królestwa". Wiadomo, że Polacy w czasie wojny w większości przypadków pomagali nie tylko Żydom uniknąć zagłady. Inną sprawą są odwieczne konflikty, w których Żyd musi być lepszy od Polaka we wszystkim bo jak mówi Jakub Szapiro "każda nasza porażka jest natychmiast klęską".

Literacko jedna z lepszych książek, jakie miałem okazję czytać.


czwartek, 11 kwietnia 2019

Policjanci. Bez munduru. Katarzyna Puzyńska

Policjanci bez munduru
Katarzyna Puzyńska po rozmowach z policjantami z ulicy na tapetę wzięła ich kolegów "bez munduru". Okazuje się, że opowieści ludzi z CBŚP, kryminalnych czy policyjnego psychologa niczym nie przypominają wcześniejszej książki.

"Policjanci. Bez munduru" to rozmowy Puzyńskiej z pracownikami dochodzeniówki, kryminalnej czy operacyjnej. Wydawać by się mogło, że elita polskiej policji zastrzeli nas historiami, które zmrożą krew w żyłach. Spektakularne zatrzymania, ogromne pieniądze czy wielkie afery występują w filmach Vegi - nie w rzeczywistości.

Po przeczytaniu rozmów Puzyńskiej dochodzę do wniosku, że praca "bez munduru" nijak ma się do amerykańskich filmów i realiów polskiej prewencji. Oprócz znanego i wałkowanego motywu o bardzo niskich zarobkach (pomimo PiS-owskich podwyżek), słabym życiu rodzinnym i wątłym zdrowiu nie znajdziemy w rozmowach czegoś ekstra. Języczkiem uwagi jest opowieść o "znanym" terroryście przebywającym na terenie Rzeczpospolitej.

Generalnie praca elity polega głównie na żmudnym i pełnym wysiłku rozwiązywaniu kolejnych spraw przy użyciu małej ilości środków - komputerów bez internetu, małej ilości papieru ksero czy długopisów. Czasem ma się wrażenie, że elita "bez munduru" to połączenie McGayvera z Batmanem i Harrym Potterem. Z niczego potrafią zrobić coś, co poprawia statystyki i pozwala rozwiązać sprawę. Przy okazji żyją na pełnej adrenalinie niszczącej umysł i ciało.

Bohaterowie poprzedniej książki Puzyńskiej - ci z pierwszej linii frontu - mają pracę bardzo ciężką. Ilość interwencji, kontuzji, pościgów, meneli, fekaliów i braku szacunku dorównuje dzisiaj wyłącznie nagonce na nauczycieli i ich walce o godne życie i nauczanie. Z rozmów Puzyńskiej z elitą wnioskuję, że ta formacja to mrówcza praca z doskonałymi wynikami. Bez fajerwerków i wszystkiego co z tym związane.

Książka zapowiadała się świetne - wygląda jednak na to, że życie nie zawsze jest takie mega kolorowe jak filmy Patryka Vegi.






poniedziałek, 8 kwietnia 2019

iGen. Pokolenie bez przyszłości?

Igen

Kim są ludzie z pokolenia iGen? Urodzeni po 1995 roku. Dorastali z telefonem komórkowym, mieli konto na Instagramie, zanim poszli do liceum, nie pamiętają czasów sprzed internetu. Różnią się od każdego poprzedniego pokolenia. Mowa tu o jednej czwartej Amerykanów. To iGen (skrót od „iGeneracji”) – pokolenie internetu. Właśnie nadeszło.


Dr Jean Twenge postanowiła przyjrzeć się tym ludziom w książce ukazującej się nakładem wydawnictwa Smak Słowa. "iGen" to opowieść o chłopakach i dziewczynach, którzy mają problem w bezpośrednim kontakcie z innymi. Nie patrzą się w oczy przez ciągłe przesiadywanie na smartfonie czy tablecie. Są bardziej znerwicowani niż ich dziadkowie i rodzice. W pokoleniu iGen ilość lęków, strachów, depresji jest zatrważająca tak samo jak ilość samobójstw.

Kończą z życiem bo rówieśnicy obrazili ich na Instagramie. Decydują się na tak drastyczne kroki w momencie, gdy na facebooku nie zostali dołączeni do ważnej grupy czy ktoś wykorzystał ich zdjęcia ze Snapchata. Czytając "iGen" cieszę się, że urodziłem się w 1984 roku.

Według dr Jean Twenge iGenowcy wolą mieć niż być. Marki są bogiem, marki są kluczem dla tego pokolenia, które jednak nie zapełnia sobie przestrzeni kolejnymi przedmiotami. Trudno dotrzeć do iGenowców z ofertą handlową. Jak zachęcić ich do zakupów biorąc pod uwagę te sprzeczności?

Bóg nie jest dla nich czymś atrakcyjnym. Lajki na Instagramie mają większą wartość niż duchowe czucie świata. Ilość followersów stanowi bezpieczną podstawę życia a Bóg jest pojęciem słabszym niż "zasięgi". Zasięg to bóg? Dla iGenu zdecydowanie tak!

Ilość wspomnianych różnic poraża jednak dzięki ogromnej pracy, jaką wykonała autorka "iGenu" nawet taki dziad jak ja zaczynam ich trochę kumać. Czytając o 11 milionach respondentów biorących udział w badaniach można stwierdzić, że "iGen" to dopiero początek.

Chcąc nadążyć za tym pokoleniem należy jeszcze głębiej przyjrzeć się dziewczynom i chłopakom, którzy siedzą cały czas na TikToku. Przecież oni w końcu też dorosną - jednak według dr Jean Twenge zdecydowanie później niż inne pokolenia ostatnich lat.

Z tą dorosłością to też ciekawa sprawa. iGen nie chce dorastać, bo to za trudne i niosące zbyt wiele wyzwań. Dowodem na ten stan rzeczy jest aplikacja TikTok, w której młodzi ludzie "tworzą" 15 sekundowe klipy pod fragment muzyki stając się gwiazdami spotykającymi się z fanami w galeriach handlowych.

Czy da się teraz wychować dziecko, które nie będzie iGenem? Można nie kupować smarfonu na pierwszą wizytę w przedszkolu i będzie zdecydowanie łatwiej niż wtedy gdy grzechotka dla malucha jest marki Samsung.

Życie z aplikacjami to wyzwanie nie tylko dla iGenu. Pytanie - jak żyć Panie Premierze? jest w tym przypadku bardzo ważne.

Zachęcam do lektury.


poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Ciemno, prawie noc. Joanna Bator

Ciemno, prawie noc. Joanna Bator

"Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie" - tym mottem zaczyna swoją opowieść Joanna Bator. W "Ciemno, prawie noc" jesteśmy świadkami Polski z baśni, w której mało kto chciałby żyć.


Alicja Tabor - uznana reporterka po latach wraca do rodzinnego Wałbrzycha, by napisać reportaż o zaginionych dzieciach. Temat bez gotowej odpowiedzi i niesamowicie trudny jest dla niej początkiem przeżywania tego, czego doświadczyła w przeszłości i starała się zapomnieć.

Joanna Bator umie pisać. W "Ciemno, prawie noc" dostajemy porządną dawkę horroru, którego nie powstydziłby się Stephen King. Pieczone w piekarniku lalki Barbie, spalone koty czy żywe obrazy pedofilii to niektóre z elementów "Ciemno, prawie noc". Bo rzeczywiście nie widać w tym świecie światła - idei mogącej zmienić życie ludzi z Wałbrzycha i okolic.

Są za to kości mające leczyć ludzi z wszelakich przypadłości. Jest nowy mesjasz - były pracownik kopalni mogący zmienić świat na lepsze wespół z masą, która nienawidzi Żydów, Polaków, gejów, protestantów, murzynów i wszystkiego co inne. Próżno w tym towarzystwie szukać światła. Jest ciemno - prawie noc. Podziwiam Joannę Bator za umiejętność wiernego oddania języka bohaterów, tworzenie neologizmów i kultowego oddania naszych, polskich dyskusji w internecie. Czapki z głów!


Ilość tajemnic i nierozwiązanych spraw z przeszłości przeraża. W tym wszystkim Alicja Tabor z coraz lepiej świecącą pochodnią pokazuje słabość konstrukcji ociekającej śluzem i masą skrywającą zwierzęcą naturę człowieka. Wszyscy tańczą wokół tego taniec śmierci do momentu, kiedy reporterka od spraw beznadziejnych zbliża się do rozwiązania sprawy.

Książka bardzo mocna i niesamowicie dobra. Jest ciemno - prawie noc a ja idę czytać. Jeszcze raz i jeszcze.

niedziela, 17 marca 2019

Ja, joga

Ja, joga

Książka "Ja, joga" autorstwa Susan Verde i Petera Reynoldsa reklamowana jest jako lektura dla dzieci chcących zacząć przygodę z jogą. Błąd - ten prosty podręcznik jest dla każdego!

"Ja, joga" to opowieść pokazująca jak szybko zmienia się dzisiejszy świat. Dziewczynka, która jest główną bohaterką opowieści mierzy się z problemami dotykającymi dzieci i dorosłych.

Kiedy przytłacza ją świat, zaczyna przeszkadzać szept a ludzie nie za bardzo chcą wchodzić w relacje ona mówi: "Zamykam oczy i robię miejsce w myślach i sercu, żeby tworzyć i śnić. Jestem jogą".

W ciekawy sposób autorzy łączą poszczególne asany z ich wpływem na postawę wobec życia i problemów. Asana drzewo pozwala dziecku (i dorosłemu) poczuć się pewniej w niepewnym świecie. Pozycja, którą nazywa się wojownik sprawia, że bardziej jesteśmy skłonni walczyć o swoje. Asana księżyc to zaś możliwość udowodnienia, że wszystko jest możliwe - nawet taniec z księżycem.

Autorzy zwracają uwagę, że dzieci praktykujące ćwiczenia jogi od małego są dużo bardziej odporne na choroby i stres w dorosłym życiu. Warto pamiętać, że każdy może spróbować asan bez względu na wiek. "Ja, joga" jest świetnym wprowadzeniem w świat podstawowych ćwiczeń dla każdego.

Szukasz wyciszenia i uspokojenia? "Ja, joga" jest zdecydowanie dla Ciebie.