czwartek, 19 lutego 2026

Koniec marzeń o Pucharze i derbowym półfinale. Arka płaci cenę trudnych decyzji

Sosnowiec miał być miejscem, gdzie AMW Arka Gdynia zaskoczy wszystkich. Zamiast tego stał się symbolem sezonu pełnego wyrzeczeń, kompromisów i decyzji, które trudno jednoznacznie ocenić – przynajmniej dopóki nie spojrzymy na końcowy wynik.

 

W czwartek, 19 lutego 2026 roku, koszykarze trenera Mantasa Cesnauskisa przegrali z Górnikiem Zamkiem Książ Wałbrzych 81:91 i pożegnali się z turniejem finałowym Pekao S.A. Pucharu Polski. Razem z tą porażką umarło marzenie o derbowym półfinale z Energą Treflem Sopot. Tego meczu – o którym pewnie niejedna trójmiejska dusza marzyła – po prostu nie będzie.

Zanim jeszcze padła pierwsza piłka w Sosnowcu, klub zdążył napisać własny scenariusz trudnych wyborów. Pożegnano dwóch Amerykanów – Marcusa Weathersa i Courtneya Rameya. W przypadku pierwszego z nich trudno było się z tą decyzją nie zgodzić. Zawodnik zwyczajnie nie spełniał pokładanych w nim oczekiwań i jego odejście było logiczną konsekwencją tego, co działo się na parkiecie.

Inaczej rzecz ma się z Rameyem. Gracz, który był z zespołem od pierwszego dnia sezonu, który zdążył wpisać się w rytm drużyny – nagle znika. I to przed turniejem, gdzie każda para rąk jest na wagę złota. Można spekulować o powodach finansowych, kontraktowych, personalnych. Faktem pozostaje jedno: drużyna pojechała do Sosnowca wyraźnie osłabiona, a trener Cesnauskis musiał żonglować składem w sposób, który nie mógł napawać optymizmem.

Do tego doszły nieobecność Kamila Łączyńskiego oraz wciąż czekający na powrót do zdrowia Einaras Tubutis. Rotacja była wąska do granic możliwości.

I mimo to – przez kilkanaście minut wyglądało to obiecująco. Pierwsza kwarta zakończyła się prowadzeniem Arki 23:14. Żółto-niebiescy grali z energią, z zaangażowaniem, jakby chcieli udowodnić, że personalne zawirowania ich nie dotyczą.

Ale Górnik Wałbrzych to nie przypadkowy rywal. Obrońca Pucharu Polski, prowadzony przez dobrze znanego w Gdyni Andrzeja Adamka, stopniowo odrabiał straty, a potem po prostu zaczął dominować. Kluczem była skuteczność za trzy punkty – każdy zawodnik Górnika, który pojawił się na parkiecie, trafiał przynajmniej raz zza łuku. To mówi samo za siebie.

Prawdziwym katem Arki okazał się Avery Anderson – 31 punktów, cztery "trójki", 8 zbiórek i 9 asyst. Gdyby ktoś napisał mu wcześniej taki scenariusz w karcie zadań, pewnie by nie uwierzył. A jednak.

Po stronie Arki pięciu zawodników uzyskało dwucyfrowy wynik – na czele z Jarosławem Zyskowskim i jego 22 punktami. Ale w czwartej kwarcie, gdy tablica pokazywała 62:82, nawet najbardziej zagorzały kibic musiał pogodzić się z rzeczywistością. Końcowe 81:91 to tyle, na ile było stać ten zespół tego wieczoru w tym składzie

Arka opuszcza Sosnowiec przed czasem. Górnik w sobotę, 21 lutego o godzinie 15, zagra w półfinale z Energą Treflem Sopot – i to właśnie sopocianie będą teraz reprezentować Trójmiasto w walce o Puchar.

Kibice Arki mogą oglądać ten mecz z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony – trójmiejski akcent pozostaje. Z drugiej – nie o to przecież chodziło.

Klub stoi przed lustrem i patrzy na swoje odbicie: seria decyzji kadrowych, które być może mają ekonomiczny lub długofalowy sens, ale które w perspektywie tego sezonu coraz mocniej zamykają drzwi do jakiegokolwiek sukcesu. Nie wygramy Pucharu. Czy wygramy ligę? Czas pokaże – ale apetyt na optymizm maleje z każdym tygodniem.

Marzenie o derbowym półfinale w Sosnowcu było piękne. Szkoda, że tak krótkie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz