To miał być wieczór, po którym kibice AMW Arki Gdynia powiedzą: „tak, ta drużyna naprawdę może namieszać w play-offach”. Przez ponad trzy kwarty wszystko na to wskazywało. Gdynianie grali odważnie, momentami bardzo dojrzale i jeszcze na cztery minuty przed końcem prowadzili we Wrocławiu różnicą 14 punktów. A jednak wracają z Dolnego Śląska z porażką 84:87 po dogrywce i stanem 0:1 w serii ze Śląskiem.
I właśnie dlatego play-offy są brutalne.
Już od pierwszych minut było widać, że zespół Mantasa Cesnauskisa nie przyjechał do Wrocławia tylko „powalczyć”. Aktywny pod koszem był Kresimir Ljubicic, swoje robił Michael Okauru, a Arka bardzo dobrze wykorzystywała rzuty z dystansu. Po trójce Okauru było nawet 21:12 dla gdynian i Śląsk wyglądał na mocno zaskoczonego.
AMW Arka grała szybko, agresywnie i – co najważniejsze – zespołowo. To właśnie kolektyw od tygodni jest największą siłą tej drużyny. W Gdyni nie ma jednej wielkiej gwiazdy, która rzuca po 30 punktów co mecz. Są za to zawodnicy potrafiący wziąć odpowiedzialność w różnych momentach spotkania. Raz jest to Zyskowski, innym razem Barrett czy Garbacz.
I właśnie Jakub Garbacz był jednym z bohaterów tego meczu. Cztery celne „trójki”, 12 punktów i 8 zbiórek. Do tego Jarosław Zyskowski – 17 punktów, ważne rzuty w trzeciej kwarcie i mnóstwo energii. Luke Barrett dołożył 15 oczek, a Ljubicic zanotował double-double w stylu „cichego lidera”.
Problem w tym, że w play-offach nie wygrywa się meczu po 36 minutach.
Czwarta kwarta długo wyglądała idealnie dla Arki. Trafienia zza łuku, dobra defensywa i przewaga 75:63. Wtedy wydawało się, że Śląsk jest już na deskach. Ale gospodarze zaczęli trafiać, a gdynianie nagle stracili rytm. Pojawiły się niedokładności, złe decyzje i przede wszystkim ogromna nerwowość.
Przez ponad dwie minuty Arka nie potrafiła zdobyć punktów.
Śląsk poczuł krew.
Końcówka regulaminowego czasu gry była dla gdynian koszmarem. Przewaga topniała z każdą akcją, aż w końcu gospodarze doprowadzili do remisu 79:79. Rzut Kamila Łączyńskiego równo z syreną nie znalazł drogi do kosza i wszystko miała rozstrzygnąć dogrywka.
Tam bardziej doświadczenie i chłodna głowa były po stronie wrocławian.
Bardzo symboliczna była też ostatnia akcja Jakuba Garbacza. Trafiona „trójka”, która mogła jeszcze odwrócić losy meczu, ale analiza wideo wykazała przekroczenie 24 sekund. Punkty nie zostały uznane. Zamiast wielkiego bohatera – ogromna frustracja.
Mimo porażki Arka pokazała jednak, że może rywalizować ze Śląskiem jak równy z równym. I to jest najważniejszy wniosek po pierwszym meczu tej serii. Problemem nie był brak jakości sportowej. Problemem było utrzymanie koncentracji i emocji w końcówce.
Warto też pamiętać, że gdynianie grali bez Milana Barbitcha, który w końcówce sezonu zasadniczego doznał urazu stawu skokowego. Francuz po dołączeniu do zespołu stał się ważnym elementem rotacji i jego brak był momentami widoczny szczególnie wtedy, gdy Arce zaczynało brakować spokoju w rozegraniu.
Play-offy nie wybaczają błędów. Ale jednocześnie jeden mecz nie definiuje całej serii.
Jeśli AMW Arka wyciągnie wnioski z tej bolesnej końcówki, nadal może wrócić z Wrocławia z remisem 1:1. Potencjał w tym zespole naprawdę widać. Problem polega na tym, że w maju sam potencjał już nie wystarcza.
Teraz potrzebny jest charakter.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz