Takiego początku play-offów w Sopocie mało kto się spodziewał. Energa Trefl miała wejść w serię z Dzikami Warszawa jako faworyt, wykorzystać atut Hali Stulecia i spokojnie budować przewagę psychologiczną przed kolejnymi spotkaniami. Tymczasem już pierwszy mecz pokazał, że ta seria może być znacznie bardziej brutalna, niż wielu zakładało.
Żółto-czarni przegrali z Dzikami 92:107 i oddali przewagę własnego parkietu już na starcie ćwierćfinału Orlen Basket Ligi.
Ale sam wynik nie mówi jeszcze wszystkiego. Najbardziej niepokojące dla kibiców Trefla są liczby stojące za tą porażką.
107 straconych punktów.
17 trafionych trójek przez rywali.
56 procent skuteczności zza łuku.
W play-offach takie statystyki praktycznie zawsze oznaczają katastrofę w defensywie.
Od początku było widać, że Dziki przyjechały do Sopotu bez kompleksów. Goście bardzo szybko odpowiedzieli na agresywną obronę gospodarzy serią celnych rzutów z dystansu. Tahlik Chavez i Darnell Edge momentami wyglądali tak, jakby grali trening rzutowy, a nie mecz play-off.
Trefl jeszcze długo trzymał kontakt. Pierwsza kwarta zakończyła się remisem 23:23, a gospodarze potrafili odpowiadać na kolejne ofensywne serie rywali. Widać było energię, ambicję i chęć narzucenia własnego rytmu.
Pozytywnym sygnałem był powrót Mindaugasa Kacinasa oraz Jakuba Schenka. Szczególnie Schenk, po długiej przerwie, dawał zespołowi spokój w rozegraniu i zanotował aż 7 asyst. Dobrze wyglądał również Dylan Addae-Wusu, który wszedł z ławki i zdobył 19 punktów, będąc jednym z nielicznych zawodników Trefla utrzymujących intensywność przez całe spotkanie.
Problem polegał jednak na tym, że praktycznie każda dobra akcja Sopocian była błyskawicznie neutralizowana przez kolejną trójkę Dzików.
Chavez skończył mecz z 22 punktami i pięcioma trafieniami zza łuku. Edge dorzucił 23 punkty, również trafiając pięć razy za trzy. Swoje zrobił także Grzegorz Kamiński, który dołożył 21 punktów. A kiedy w drugiej połowie do gry mocniej wszedł Landrius Horton, ofensywa warszawskiego zespołu zrobiła się praktycznie nie do zatrzymania.
Trefl próbował jeszcze wracać.
Były momenty emocji, były dynamiczne wejścia Addae-Wusu, była energia z trybun. Ale za każdym razem, gdy wydawało się, że sopocianie łapią kontakt, Dziki odpowiadały kolejnym ciosem. Bardzo symboliczna była „trójka z plecaka” Bennetta Vander Plasa – rzut, który idealnie oddał przebieg tego meczu. Gościom wpadało niemal wszystko.
I właśnie to może być największym problemem dla drużyny Mikko Larkasa przed drugim spotkaniem.
Trefl nie przegrał dlatego, że zagrał fatalnie w ataku. 92 punkty w play-offowym meczu to wynik, który zwykle daje szansę na zwycięstwo. Problemem była defensywa, rotacja przy obwodzie i brak odpowiedzi na spacing oraz szybkie dzielenie się piłką przez warszawski zespół.
Dziki wyglądały momentami jak drużyna grająca bez presji. Swobodnie, odważnie i bardzo skutecznie. A to najgorszy możliwy scenariusz dla zespołu, który chce kontrolować serię u siebie.
Sobotni mecz w Sopocie urasta więc do ogromnie ważnego momentu całego ćwierćfinału. Jeśli Energa Trefl ponownie pozwoli rywalom narzucić tak szalone tempo i taką skuteczność z dystansu, wyjazd do Warszawy może odbywać się już pod ogromną presją.
Jedno jest pewne – po pierwszym meczu nikt już nie nazwie tej serii „łatwą” dla Sopocian.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz