Kiedy 24-latek świadomie rezygnuje z komfortu rodzimej ligi i pakuje walizki na grecką wyspę pełną turystów, można się zastanawiać – o czym on myśli? Milan Barbitch wiedział dokładnie, co robi. Przynajmniej w teorii.
Greckie marzenie, grecka rzeczywistość
Plan był prosty i odważny zarazem. Milan Barbitch – urodzony we Francji rozgrywający z serbskimi korzeniami – chciał poznać smak koszykówki poza granicami ojczyzny. Grecja wydawała się idealnym kierunkiem. Kolossos Rodos, klub z ambicjami ponad stan, który rok wcześniej wywalczył awans do Basketball Champions League, zaoferował mu dobre warunki finansowe i – co równie ważne – autentyczne chęci.
Tylko że Rodos to przede wszystkim wyspa turystyczna. I daje się to we znaki każdemu, kto spróbuje tam po prostu... żyć.
– Przez pierwsze 90 dni zmieniałem mieszkanie co kilka tygodni – wspomina Barbitch z lekką ironią. – Priorytetem dla wyspy są turyści. Klub bardzo późno rozpoczyna przygotowania – najpóźniej ze wszystkich w lidze greckiej.
Piękne widoki, uśmiechnięci ludzie, świetne restauracje. I życie na walizkach przez trzy miesiące. Taki jest Rodos – raj na wakacje, wyzwanie na co dzień.
Barbitch przyjechał na Rodos z konkretnym celem: pokazać się z jak najlepszej strony. Zamiast tego rozpoczął sezon, który sam określa jako najgorszy pod względem zdrowotnym w całej dotychczasowej karierze.
Urazy mięśniowe następowały jeden po drugim. Grał, łapał kontuzję, wracał, znów kontuzja. Trener, który go sprowadził – Hiszpan, z którym Francuz doskonale się rozumiał – odszedł. Jego następcą został Aris Lykogiannis, znany w Polsce choćby z pracy w Śląsku Wrocław. Z nowym szkoleniowcem Barbitch zdążył rozegrać tylko jeden mecz – i jak przyznaje, wspólne odczucia były dobre.
Ale potem znowu uraz. I decyzja klubu, której Barbitch nie kwestionuje.
– To jest biznes. Rozumiem to. Nie mam żalu ani pretensji – mówi spokojnie, z dojrzałością gracza, który zdaje sobie sprawę, że futbol – a raczej koszykówka – rządzi się bezwzględnymi prawami
Gdy grecka przygoda dobiegła końca, opcji nie brakowało. Francja – naturalny kierunek dla Francuza. Serbia – kuszące wyzwanie w mocnej lidze. A jednak Barbitch wybrał Gdynię.
Dlaczego? Bo Arka go chciała. Naprawdę chciała.
– Rozmawiałem z trenerem i prezesem. Byłem pod wrażeniem ich energii i zaangażowania. Bartłomiej Wołoszyn nie skupiał się tylko na aspektach sportowych – opowiadał o historii klubu i pięknym mieście – zdradza zawodnik.
Do tego głos polskiego przedstawiciela agencji, który przekonywał go, że PLK to właściwe miejsce na odbudowanie formy i pewności siebie. I argument sportowy – Arka to klub z czołówki polskiej ligi, z realnymi aspiracjami do fazy play-off.
Dla gracza, który przez kilka miesięcy czuł się oderwany od rytmu i własnego potencjału, to była oferta nie do odrzucenia
Sam siebie określa jako nowoczesnego combo-guarda. Inteligentny, potrafiący zdobywać punkty, organizować grę i kreować sytuacje dla kolegów. Wysoki jak na pozycję rozgrywającego czy rzucającego obrońcy – i właśnie ta cecha ma być jego największym atutem w polskiej lidze.
– Lubię ułatwiać innym życie na boisku – mówi. – Na pewno dam drużynie dużo energii.
O PLK wie niewiele – nigdy nie grał przeciwko polskim drużynom, nie zna stylu rozgrywania ani specyfiki sędziowania. Ale zamiast traktować to jako wadę, patrzy na to jak na ekscytujące wyzwanie.
I jest w tym coś ujmującego. 24-latek, który mógłby grać bezpiecznie we Francji, wybrał grecką wyspę turystyczną, potem polską ligę i za każdym razem tłumaczy to tak samo: chciał czegoś nowego, chciał się sprawdzić, chciał poczuć koszykówkę w nowym wydaniu
Barbitch jest teraz w pełni zdrowy. Minęły już niemal dwa miesiące od jego ostatniego meczu w Grecji, kondycja i rytm meczowy czekają na odbudowanie – ale fizycznie czuje się dobrze.
W Gdyni czeka go nowy rozdział. On sam mówi o nim z autentycznym entuzjazmem, bez fałszywej skromności, ale i bez przesadnego zadufania.
– Stać mnie na dużo. Chcę wrócić do grania z pasją na najwyższym poziomie. Chcę zapomnieć o tych przeklętych urazach – deklaruje wprost.
Arka dostała zawodnika głodnego gry, zmotywowanego niepowodzeniami i gotowego udowodnić – sobie przede wszystkim – że tamten trudny sezon to był tylko epizod, a nie zapowiedź.
Jeśli Barbitch jest choć w połowie tak dobry, jak sugeruje jego profil i determinacja w słowach – kibice w Gdyni mają powody do optymizmu.
Tekst powstał na podstawie wywiadu przeprowadzonego przez Karola Waśka dla serwisu Z Krainy NBA
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz