piątek, 21 sierpnia 2026

"Polaków Portret Własny" – portret systemu, w którym liczą się znajomości, a nie kompetencje

Są w Polsce sprawy, które najlepiej pokazują, jak naprawdę działa system rozdawania publicznych pieniędzy i stanowisk. Afera wokół raportu „Polaków Portret Własny" to podręcznikowy przykład – nie dlatego, że ktoś popełnił błąd, ale dlatego, że pokazuje mechanizm, w którym błędy nie mają żadnego znaczenia, dopóki ma się odpowiednie znajomości.

 

200 tysięcy złotych za tekst, którego nikt nie przeczytał

Zacznijmy od podstaw. Za publiczne pieniądze – niezależnie od tego, czy była to kwota 200 czy prawie 180 tysięcy złotych, bo nawet w tej kwestii instytucje publiczne nie potrafią się zgodzić – powstał dokument, który miał opisywać tożsamość Polaków. Efekt? Tekst pełen tzw. „AI slopu": pustych, korporacyjnych fraz, angielskich wtrętów wklejonych w środek polskich zdań i danych statystycznych, które nie wytrzymują konfrontacji ze zdrowym rozsądkiem – jak rzekome 95% młodych Polaków płynnie mówiących po angielsku i jednocześnie powszechnie posługujących się mandaryńskim.

Do tego dochodzi chaos w przypisach, zmieniająca się w zależności od strony liczba przeprowadzonych badań fokusowych, niezgodność deklarowanej liczby godzin nagrań z rzeczywistością oraz błędy geograficzne na poziomie szkoły podstawowej – Katowice jako część „północnego centrum" Polski to nie pomyłka, to dowód, że dokumentu po prostu nikt porządnie nie przeczytał, zanim trafił do obiegu.

Kiedy błędy nie mają znaczenia

Najbardziej niepokojące w całej sprawie nie jest jednak to, że raport jest słaby. Słabe raporty powstają, kwestionowana jakość pracy zdarza się wszędzie. Prawdziwym problemem jest to, co działo się później – a raczej to, co się nie działo.

Współautorka i merytoryczna kierowniczka tego dokumentu, zamiast ponieść jakiekolwiek konsekwencje, kilka miesięcy później objęła stanowisko rządowej pełnomocniczki do spraw promocji Polski. Dopiero to nominowanie sprawiło, że raport w ogóle zaczął przyciągać uwagę opinii publicznej – bo bez tego kontekstu prawdopodobnie nigdy by o nim szerzej nie usłyszano.

To właśnie jest sedno problemu ze „znajomościami" w Polsce. Nie chodzi o to, że ktoś popełnia błędy – bo błędy popełniają wszyscy. Chodzi o to, że jakość pracy przestaje mieć jakiekolwiek przełożenie na dalszą karierę, jeśli tylko funkcjonuje się w odpowiednim środowisku, ma się odpowiednie kontakty i wpisuje się w odpowiednią sieć zależności. Kompromitujący dokument nie zamyka drzwi – wręcz przeciwnie, otwiera je na stanowisko rządowe.

Tłumaczenia, które tłumaczą coraz mniej

Reakcja na aferę jest równie wymowna, co sama afera. Pełnomocniczka rządu przyznaje wprawdzie, że wykorzystywała sztuczną inteligencję, ale zaraz zapewnia, że rola AI była „ograniczona" i dotyczyła jedynie „testowania hipotez". Problem w tym, że jakość samego tekstu przeczy tej wersji wydarzeń – trudno o testowanie hipotez mówić w kontekście fragmentów wyglądających jak nieedytowany output modelu językowego.

Dokument miał być „wewnętrznym, roboczym plikiem", który „nigdy nie powinien trafić do sieci". Ministerstwo z kolei odcina się od całości, twierdząc, że nie było mowy o żadnym zamówieniu na ten konkretny plik, a jedynie o szerszej strategii i badaniach. Każda ze stron przerzuca odpowiedzialność na drugą, nikt nie bierze jej na siebie w pełni, a pieniądze – niezależnie od dokładnej kwoty – i tak zostały już wydane.

To modelowy przykład tego, jak w polskich instytucjach publicznych funkcjonuje odpowiedzialność: rozmywa się ją między tyle podmiotów, że ostatecznie nikt konkretny nie odpowiada za nic konkretnego. A stanowisko zostaje.

System, który nagradza znajomości, a nie efekty

Można zadać sobie proste pytanie: gdyby autorka tego raportu nie miała odpowiednich relacji w odpowiednich kręgach, czy skandal w ogóle wybuchłby po ośmiu miesiącach od publikacji dokumentu, czy raczej w ogóle nikt by się nim nie zainteresował? I czy osoba odpowiedzialna za dokument tej jakości zostałaby powołana na stanowisko mające promować wizerunek całego kraju za granicą?

Odpowiedzi na te pytania nasuwają się same. W polskiej rzeczywistości instytucjonalnej wciąż zbyt często o awansie decyduje nie jakość wykonanej pracy, tylko to, czy jest się częścią właściwej sieci znajomości. Kompetencje stają się kryterium drugorzędnym – liczy się, kogo się zna, a nie co się zrobiło. Dopóki ten mechanizm będzie funkcjonował bez żadnych realnych konsekwencji, kolejne publiczne pieniądze będą wydawane na kolejne dokumenty, których jakość nikogo nie będzie realnie obchodzić – dopóki nie wyciekną do sieci.

Powyższy tekst jest komentarzem opartym na doniesieniach medialnych dotyczących raportu „Polaków Portret Własny" oraz publicznych wypowiedzi zaangażowanych stron.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz