piątek, 9 listopada 2018

Albo będziesz świętym albo będziesz nikim. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz

Wstań. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz

Jak rozumiesz bycie świętym? Czy to jest trendy a może przeciwnie - passe? Jak naśladować Chrystusa w XXI wieku? Na te pytania nie odpowiada ksiądz Piotr Pawlukiewicz. On pokazuje jak żyć na 100 procent.


Ksiądz w swojej książce nie zostawia na nas (i na sobie) suchej nitki. Wielu ludzi nie rozumie Boga. Twierdzi, że jeśli zmówi 3 razy Zdrowaś Mario o dobrą pogodę to jutro będzie plus 24 i pełne słońce do opalania. Ludzie twierdzą, iż myślą skierowaną do Najwyższego można rzucać klątwy, zaklęcia i sprawiać, by "somsiad" miał gorzej niż "jo mom". Tak to nie działa.

W profesorski sposób ksiądz Piotr Pawlukiewicz opowiada o Bogu, który nas kocha. Im więcej o tej miłości pisze tym bardziej jest czytelnik bezbronny. Przychodząc na świat nic nie przynosimy, odchodząc również a przecież całe życie schodzi nam o kłótnie o wyższe wynagrodzenie, większy spadek czy 6 w totka. Czy to ma sens?

Ksiądz Piotr Pawlukiewicz przywołuje opowieści z życia wzięte. O tym, że Jezus działa podobnie do dowódcy, który obiecał szeregowemu przed bitwą, że ten przeżyje. Ciężko ranny miał nie być operowany przez lekarzy jednak wspomniany kapitan zagroził personelowi pistoletem i sprawił, że chłopak przeżył. O tym, że Bóg przychodzi czasem 15 minut później niż byśmy chcieli. Wszystko się zawaliło - choroby, niepowodzenia w pracy, smutki i noc ciemna a tu nagle pojawia się On. Po ludzku myślimy - dlaczego teraz? A On wie pewnie lepiej niż my.

Książka "Wstań. Albo będziesz świętym albo będziesz nikim" pokazuje niesamowite zdolności kaznodziejskie księdza Pawlukiewicza. Słuchać można go godzinami choć i większa jest szansa czegoś się nauczyć.

Wbrew obecnej modzie i ruchowi przeciwnemu Kościołowi Katolickiemu ksiądz Pawlukiewicz pisze  z sensem odnośnie kryzysów, powstawania z upadków i słabości. Nawet bez tej świętości można być spoko człowiekiem.

Wystarczy tylko chcieć! Odważ się być sobą i przeczytaj "Wstań Albo będziesz świętym albo będziesz nikim".


Carrie Stephen King

Carrie. Stephen King

Do czego prowadzi religijny fanatyzm? Czy telekineza naprawdę istnieje? To tylko niektóre z pytań stawianych przez Stephena Kinga w "Carrie" - pierwszej doskonałej książce mistrz grozy.


Główną bohaterką opowieści jest Carrie White - dziewczyna wychowywana w purytańskiej rodzinie, w której religia jest na miejscu pierwszym - reszta jest mało ważna. Jej brak orientacji w sprawach okresu sprawia, że gdy ten pierwszy raz zdarza jej się pod szkolnym prysznicem wydaje jej się, że to właśnie śmierć.

Koleżanki drwią z niej od tej chwili jeszcze mocniej. Punktem kulminacyjnym jest bal maturalny, na którym Carrie zostaje oblana zwierzęcą krwią i ośmieszona przed całą szkołą. Wpada w furię, która sprawia, że od tego momentu imię Carrie oznaczać będzie całkowite zniszczenie. Fałszywych koleżanek, kolegów, szkoły oraz mieszkańców miasteczka, którzy zawsze uważali ją za inną.

Na podstawie tej książki Stephena Kinga powstały ekranizacje, sztuki teatralne a sama powieść stanowi do dziś natchnienie dla twórców powieści grozy. Carrie White jest ukrytą bombą zegarową, która może żyć wszędzie. Człowiek pełen frustracji, wychowany w określonej religii bez żadnych odskoczni musi w pewnym momencie wybuchnąć. Carrie zrobiła to z przytupem.

Stephen King  już od początku pragnął nakreślać problemy, jakie niesie współczesny świat. W otoczce grozy i horroru pokazuje mechanizmy poniżenia, mobbingu i wykorzystywania, które chrakterystyczne były i są dla szkół. Jedni twierdzą, że tak być musi. Inni - ci myślący od razu twierdzą, że powinno być normalnie. Przede wszystkim jednak warto rozmawiać, by nie produkować osób chcących zemsty nawet bez zdolności telekinetycznych.

Wspomniałem o ekranizacjach. Zdecydowanie najlepszą jest ta Braiana De Palmy. Sissi Spacek w roli Carrie pokazuje tą osobę, którą wyobrażamy sobie czytając "Carrie".

To moja pierwsza przeczytana książka Stephena Kinga. I choć od tego czasu pochłonąłem już wszystko, co napisał, powiedział i czego nie zdradził to "Carrie" stanowi początek drogi w poznawaniu pisarza rodem z Maine.




czwartek, 8 listopada 2018

Dziewczynka z parku. Barbara Kosmowska

Dziewczynka z parku. Barbara Kosmowska

Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci? Jak my sami ją rozumiemy? Czy potrafimy sobie radzić ze śmiercią i uczyć tego nasze pociechy? "Dziewczynka z parku" Barbary Kosmowskiej prezentuje ten problem w prosty i ciekawy sposób.


Główna bohaterka opowieści - Andzia jest bardzo smutna. Choć od śmierci jej taty minęło już pół roku smutek i rozpacz nie opuszczają jej i jej mamy. Sportowy samochód, którym jeździł tata wystawiono na sprzedaż. Mama ma często zapłakane oczy i nie ma już pasjonujących rozmów, gry w chińczyka oraz pysznego sernika z brzoskwiniami - lekarstwa na wszystkie smutki.

Andzia żyje jednak tajemnicą, którą powierzył jej tata. Czy to możliwe, że on nadal nad nią czuwa? I czy tą tajemnicę zdradzi Jeremiaszowi, który staje się jej najlepszym kolegą?

"Dziewczynka z parku" to opowieść o wspomnieniach, które bolą, ale też są tym, co posiadamy najcenniejszego. Są relacje, miłość i emocje, których nie można się wstydzić. Jest możliwość rozmowy, z której wiele osób rezygnuje na rzecz wygodnego milczenia i oddalania się od siebie. Zamiast próbować działać - opadają w nicość.


Barbara Kosmowska mówi o śmierci i stracie w sposób prosty, a jednocześnie pełen szacunku dla swoich bohaterów i czytelników. Pokazuje również sposoby, dzięki którym łatwiej przeżyć jest stratę i podnieść się po niej silniejszym.

Wątek ciężkiej choroby, na którą choruje Jeremiasz jest ważnym elementem "Dziewczynki z parku". Cukrzyca - bo o tej chorobie mowa spotyka się w z nienawiścią i traktowaniem Jeremiasza jak trędowatego. Wbrew pozorom takie rzeczy dzieją się w Polsce XXI wieku i sam byłem świadkiem rozmowy matek, które zastanawiały się, czy cukrzyca roznosi się przez powietrze wydychane przez chorego (sic!). Dopiero spotkanie z matką chorej dziewczynki uświadomiło wielu prawdę o tym schorzeniu.  Brak szczepionek na odrę, ruch antyszczepionkowy czy Jerzy Zięba to przy tym pikuś.

Świetna książka - nie tylko dla dzieci.



środa, 7 listopada 2018

Dziwna pogoda. Joe Hill

Joe Hill. "Dziwna pogoda"

Joe Hill - jeden z dwóch synów Stephena Kinga  stawiany jest na równi z takimi pisarzami, jak Peter Straub, Neil Gaiman czy Jonathan Lethem. 


Jego fenomenalne "Rogi", których ekranizacja nie powalała, opowiadania oraz "Nosferatu" należą do klasyki gatunku współczesnego horroru. W „Dziwnej pogodzie”, frapującej kronice niekończącej się wojny między dobrem i złem, sprawnie obnaża mrok kryjący się pod powierzchnią codziennego życia.

Swoim mistrzowskim piórem Joe Hill przesuwa granice gatunku na nowe terytoria. Joe Hill szuka (i znajduje!) miejsca, których wszyscy się boimy. Miejsca, których może nigdy nie chcieliśmy zobaczyć.

Zabierając czytelników w nieznane, Joe Hill, literacki alchemik, skupia się w swoich czterech minipowieściach na najważniejszych elementach ludzkiej egzystencji: pamięci i niepamięci, wyobrażeniach i fantazjach, bestialstwie i bezradności, lęku i brawurze, deszczu i wietrze, śmierci i życiu, marzeniach… i koszmarach.

Bohaterowie Joe Hilla nie znają naszego wezwania "Od powietrza, głodu, ognia i wojny - wybaw nas Panie!" więc w iście amerykański sposób radzą sobie z kataklizmami, które zaatakowały ich Stany Zjednoczone. Poranieni przez szpikulce spadające z nieba, zostawieni na tajemniczej chmurze, która przypomina UFO chcą za wszelką cenę przeżyć. Czy jednak się im to uda?

Każda z opowieści jest dopracowana i zaskakująca. Joe Hill uważnie czytał i słuchał taty. Choć mniej płodny - autor "Dziwnej pogody" jest godnym następcą ojca. Brawo!



wtorek, 6 listopada 2018

Potęga irracjonalności - nowe poprawione i rozszerzone wydanie

Potęga irracjonalności. Dan Ariely

Bierzemy kredyty, zakochujemy się, rodzimy dzieci i zmieniamy pracę racjonalnie. To ostatnie słowo powtarzane jest pewnie i bez zastanowienia przez większość z nas. A gdyby tak przyszedł Dan Ariely  i powiedział, że ta racjonalność to nam się tylko wydaje? 



W nowym, poprawionym i rozszerzonym wydaniu przełomowego bestsellera New York Timesa Dan Ariely obala to popularne przekonanie. Przepłacamy za marki, które mają tylko dobrze wypromowane nazwy. Odwlekamy decyzję o odchudzaniu ... bo jutro też jest dzień. Mówimy sobie, że dzisiaj piątek i mamy szansę zjeść bardzo dobre frytki belgijskie. A odchudzanie? Tak, jak pisałem - jutro też jest dzień z równie dobrym torcikiem Sachera, Big Makiem czy shakiem.

Takie zachowania nie są jednak przypadkowe ani pozbawione sensu. Przeciwnie, są systematyczne i przewidywalne, a co za tym idzie – czynią nas przewidywalnie irracjonalnymi. Także wtedy, gdy mamy możliwość oszukiwać chociaż zawsze podkreślamy, że moralność jest dla nas najważniejsza. Oszukiwać? Nigdy! Gdy jednak nadarzy się okazja ...

Dan Ariely obala naszą "silną psychikę" rozdział po rozdziale. Szczególnie ciekawie wygląda doświadczenie z seksem związane. Kiedy pytani "na spokojnie" ochotnicy opowiadali o swoich preferencjach byli bardzo racjonalni. Jednak w chwili gdy dodano bodźce seksualne prawie 90 procent żądnych było ostrych wrażeń z byle kim, bez względu na wiek i bez zabezpieczenia. Dzika natura mężczyzn? A może siła irracjonalności?

Autor nawet na własnym przykładzie pokazuje irracjonalność działań. Czy to w historii o ubezpieczeniu samochodu (broń nasz Boże od amerykańskich ubezpieczalni) oraz o tym, czy opatrunek u poparzonych należy ściągać szybko czy wolno.

Książka pokazuje czytelnikowi, dlaczego czasem nie udaje nam się dokonać czegoś, czego tak bardzo pragniemy. Czy to jeśli chodzi o relacje, seks czy sukces zawodowy. W "Potędze irracjonalności" znajdziemy także odpowiedź na odwieczne pytanie dotyczące dobrego podarunku dla teściowej podczas pierwszego obiadu. Wino a może pieniądze?

Zapraszam do zupełnie racjonalnej (?) lektury "Potęgi irracjonalności".


Poza sezonem | Jørn Lier Horst | Recenzja

Poza sezonem. Jorn Lier Horst

"Poza sezonem" to kolejna genialna opowieść rodem z Norwegii. Tym razem komisarz William Wisting daje się ponieść się jesiennej depresji. A niedaleko czają się złoczyńcy prima sort.


Wisting - komisarz prawie doskonały


Komisarz William Wisting widział niejedną groteskową śmierć. To, co zobaczy w Stavern może być dla niego zaskoczeniem. Jakby sprawca nie miał nic do stracenia. Ciało znalezione w domku letniskowym jest zmasakrowane jakby ktoś przepchnął je przez maszynkę do mięsa. Pozostawiony odcisk buta niewiele wnosi do śledztwa.

Martwe wróble - znak?


Na dodatek komisarz Wisting nie jest zachwycony, kiedy jego córka Line decyduje się na wyprowadzkę do drewnianego domku u ujścia fiordu. Jego niepokój wzrasta, kiedy policja odkrywa w najbliższej okolicy kolejne zmasakrowane ciała, a z nieba zaczynają spadać martwe wróble.

Kto stoi za zbrodniami? Tym razem komisarz William Wisting zmierzy się z mafią handlującą narkotykami, włamywaczami z Litwy i "porządnymi" norweskimi obywatelami mającymi dużo na sumieniu.  

Litwo, ojczyzno moja!


Autor świetnie prezentuje bliski nam wschodni klimat i panujące na Litwie kontrasty. Oprócz wielkiego bogactwa mamy przerażającą biedę. W samym środku znajduje się William Wisting - komisarz będący w pierwszej 10 śledczych.

Czysty umysł. Doskonały detektyw


Bez alkoholu, narkotyków czy innych uzależnień prowadzi William Wisting dochodzenie łącząc kolejne dowody w przerażającą całość.  Jak w opowieści o Felicii, Jaskiniowcu czy kluczowym świadku nasz komisarz zauważa szczegóły, jakich czytelnik nie widzi. To jest największa  siła książek Horsta - brak nudy i kompletne zaskoczenie.

Czytelnik nie wie, kiedy morderca znów zaatakuje. I czy w ogóle będzie ten kolejny raz?  Doświadczenie w pracy w policji i pisarskie rzemiosło sprawiają, że Jorn Lier Horst tworzy produkty z wyższej półki. Szczegóły są ważne i prawdziwe. Procedury niewymyślone.

Płacimy za taką literaturę niską cenę, choć warte są tyle ile oryginał opowieści " O obrotach sfer niebieskich".


 

poniedziałek, 5 listopada 2018

Uniesienie. Stephen King

Uniesienie. Stephen King
Wszystko, co dobre kiedyś się kończy. 1 listopada przypomina nam o tym szczególnie. Podobnie jak "Uniesienie" Stephena Kinga. Po lekturze tej książki nic już nie będzie takie same.



Scott Carey wciąż traci na wadze. Świetna wiadomość dla kogoś, kto zawsze miał lekki problem z otyłością! Tylko że on wygląda wciąż tak samo. Nikt z jego otoczenia nie uwierzyłby, że waga, na którą codziennie wchodzi, za każdym razem pokazuje mniej kilogramów.

Niezależnie od tego, ile Scott zje i co na siebie włoży. Nawet hantle, które w momencie ważenia trzyma w rękach, nie mają żadnego wpływu na jego wagę. Jak gdyby otaczał go kokon nieważkości. Albo ktoś rzucił na niego klątwę, jak w jednej z powieści Stephena Kinga.

Scott podchodzi do całej sprawy ze stoickim spokojem, bo, o dziwo, czuje się wspaniale, jakby jego przedziwna przypadłość wyzwalała w nim wszystko co najlepsze. Nawet kiedy zdaje sobie sprawę, że tajemniczy proces przyśpiesza i Godzina Zero być może nadejdzie znacznie szybciej, niż przewidywał.

Stephen King nie jest już pisarzem tylko grozy. W "Uniesieniu" mierzy się z tematem odchodzenia lub jak kto woli umierania. Stosując metaforę i ubierając opowieść w piękne słowa pokazuje, że można się do śmierci przygotować.

Scott wznosi się ponad podziały panujące w Castle Rock - dosłownie i w przenośni. Prawdopodobnie w tym mieście od czasów "Sklepiku z marzeniami" wszyscy głosują tam na republikanów, nie szanując inności i wyrzucając pojęcie tolerancji z codziennego języka. Donaldowi Trumpowi i jego pomysłowi strzelania do imigrantów przyklaskują ochoczo. A jednak jeden człowiek - Scott Carey, który zdaje sobie sprawę, iż jego czas się kończy może zmienić to miejsce o 180 stopni.

Oprócz starego i poczciwego Castle Rock w "Uniesieniu" znajdziemy nawiązania do "Przeklętego", osobistego i mocnego lęku Stephena Kinga przed zachorowaniem na raka oraz paru innych - wybitnie kingowskich rzeczy.

Choć czcionka jest już większa, a "Uniesienie" nie jest tak grube jak "To" to Stephen King nic z jakości nie stracił. Z wiekiem jest jak wino - im starszy tym lepszy. I ciut lżejszy jak Scott Carey.





czwartek, 1 listopada 2018

Omen. David Seltzer

Omen. David Seltzer

"Omen" to powieściowa wersja słynnego i kultowego już filmu z Gregorym Peckiem. Jej autorem jest scenarzysta tego obrazu, David Seltzer, będący również producentem i reżyserem filmowym. Jeśli szukacie odpowiedniej lektury na listopad 2018 to ta książka jest właśnie dla Was.


Jeremy Thorn jest amerykańskim ambasadorem w Wielkiej Brytanii. Jego cierpiąca na depresję żona, po latach bezowocnych starań o potomstwo i kilku poronieniach, w końcu rodzi dziecko. Gdy jednak ambasador zjawia się w rzymskim szpitalu, słyszy od pracującego tam księdza, że jego nowo narodzony synek nie żyje, lecz może przyjąć dziecko, jako własne, kobiety, która zmarła podczas porodu. Thorn zgadza się na propozycję duchownego, nikomu o tym nie mówiąc, nawet żonie. Chłopcu nadano imię Damien.

Kilka lat później, podczas hucznej imprezy urodzinowej czteroletniego już Damiena, jego niania popełnia samobójstwo. To jedynie początek całej serii tajemniczych i złowróżbnych wydarzeń, które Thorn będzie próbował zrozumieć, aby zapobiec kolejnym nieszczęściom...

Książkowa wersja "Omena" jest równie ciekawa co film. Wiadomo, że wszystkie kolejne opowieści filmowe były słabe i nie cieszyły się taką popularnością jak ta z 1976 roku. Miała bowiem wszystko, czego widz i odbiorca kultury szuka na wielkim ekranie. Świetne aktorstwo, autentyczna groza, doskonała muzyka i zdjęcia sprawiają, że "Omena" można oglądać po wielokroć odkrywając coś nowego.

Podobnie jest w książce, która nie do końca pokazuje to samo, co film. David Seltzer daje nam możliwość poznania rozszerzonej historii, która pobudza wyobraźnię i podobnie jak kultowy film sprawia, że siedzimy w fotelu jak zahipnotyzowani.

Książka "Omen" ma klimat, pomysł i ciekawe zakończenie i tego właśnie w literaturze szukamy. Życzę miłej i udanej lektury.


wtorek, 30 października 2018

Lissy. Luca D'Andrea

Lissy

Włoskie góry jako idealna sceneria dla doskonałej powieści kryminalnej? Okazuje się, że tak właśnie jest w "Lissy". Luca D'Andrea stworzył opowieść, która wywołuje dreszcze i sprawia, że czytelnik rozumie, dlaczego to, co dzieje się w górach - w w górach dostaje.


Książka zaczyna się od mocnego uderzenia - znika żona szefa tyrolskiej mafii. Marlene postanawia uciec kradnąc szafiry, których wartość jest nie tyle materialna co mocno symboliczna. Należące do Konsorcjum - tajemniczej organizacji - precjoza muszą być bezwzględnie odnalezione. Oprócz zawiedzionego męża - Herr Wegenera w poszukiwania zaangażowany zostaje Zaufany Człowiek - osoba bezwzględna i skuteczna.

Podczas ucieczki dochodzi do wypadku. Marlene rozbija samochód i traci przytomność. Ratuje ją Simon Keller - sędziwy samotnik z wysokich gór. Keller pochodzi z rodziny, w której od pokoleń przepisuje się Biblię. Robił to jego ojciec - robi i on - ostatni z rodu wiernie hodujący w trudnych warunkach świnie. W tym tą najważniejszą - Lissy, kochaną Lissy...

W jakim celu to robi? Dlaczego Simon Keller udziela pomocy kobiecie, której w ogóle nie zna? Czym jest tajemnicze Konsorcjum, którym zależy na garstce szafirów podczas gdy obracają miliardami pochodzącymi z nielegalnych kasyn, wymuszeń i oszutw? To niektóre z pytań pojawiających się podczas lektury "Lissy".

Luca D'Andrea w "Lissy" umiejętnie wykorzystuje życie wewnętrzne bohaterów jako lustra dla czytelników. Wewnętrzne dialogi Herr Wegenera, Simona Kellera czy Marlene pokazujące przeszłość i motywy działania są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach.  Tak dzieje się, kiedy Herr Wegener wspomina czasy II Wojny Światowej i swojego nauczyciela - bezwzględnego SS-mana. Tak jest podczas rozmowy z Zaufanym Człowiekiem, gdy ujawnione zostają tajemnice, o których Herr Wegener nigdy nikomu nie powiedział. Tak dzieje się podczas "rozmów" Simona Kellera z Lissy - zmarłą siostrą. Tak jest także wtedy, gdy Marlene grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Autor łączy mroczny klimat włoskich gór z szaleństwem, które opętuje każdego z bohaterów. Niezależnie od pozycji społecznej czy wykształcenia wszyscy poddają się emocjom, o których nie mieli zielonego pojęcia. Wydaje się, że jedyną ucieczką jest droga w dół. Czy to jednak możliwe gdy na zewnątrz panują złe warunki atmosferyczne a w głowie panuje mętlik?

Tytułowa Lissy to świnia, która odgrywa rolę ukochanej, zmarłej tragicznie siostry Simona Kellera i wszystkiego, co z tym związane. Matka umierająca przy porodzie, surowy ojciec, który oszalał i ten domek w górach. Marzenie wielu jest dla Simona przekleństwem, o którym trudno mówić a jeszcze trudniej żyć.

Podobnie jak w swojej książce "Istota zła" Luca D'Andrea zastanawia się nad motywami pchającymi człowieka do zbrodni. Czy to miejsce akcji - góry mają na nich taki wpływ? Dlaczego mroczna strona człowieka w warunkach ekstremalnych zawsze wygrywa? Chodzi tylko o sprawy przetrwania? Nie sądzę.

Świetna postać Zaufanego Człowieka, który odgrywa ważną rolę w życiu kolejnych bohaterów książki. Kim jest? Tobą? Mną? Przekonajcie się czytając "Lissy".







Szumowiny. Jørn Lier Horst

Szumowiny
Stavern w samym środku lata: fale wyrzucają na brzeg odciętą lewą stopę w bucie do biegania. Potem następną. I jeszcze jedną. Łącznie cztery lewe stopy w ciągu jednego letniego tygodnia. Komisarz William Wisting ma twardy orzech do zgryzienia. Jakie "Szumowiny" są tam czynne?


Cztery odrąbane stopy stanowią jądro tej zdumiewającej zagadki, w której ważną rolę odgrywają również skazani mordercy, ludzie ginący bez wieści, tajna organizacja oraz ogromne ilości niezarejestrowanej broni. Czy to możliwe, żeby w XXI wieku ludzie ginęli bez wieści? Dlaczego potencjalny morderca odcina wszystkim stopy wraz z butami? Czy istnieje związek pomiędzy zaginionymi z Domu Spokojnej Starości a stopami?

Rozpoczynając nowe dochodzenie, inspektor William Wisting zawsze zastanawia się, dokąd zaprowadzi go kolejne śledztwo. Szuka historycznych powiązań, aktualnych spraw mogących łączyć się z tą zagadką. Do pomocy ściągane są najnowsze technologie - na czele ze specjalistami od prądów wodnych oraz nowoczesny sprzęt do nurkowania.

"Szumowiny" to kolejna świetna opowieść Horsta, która wciąga od pierwszej strony. Uwielbiam narrację autora, który dzięki doświadczeniu w pracy w policji może prezentować nam prawdziwy obraz śledztwa - jego wzloty i upadki.

Podoba mi się, że komisarz Wisting nie jest "Brudnym Harrym". Bez uzależnienia od alkoholu i narkotyków, depresji i rzeszy kochanek potrafi fascynować czytelnika, współpracowników i wszystkich, którzy potrzebują dobrych postaci w literaturze.

Kto jest winien jest zagadką do samego końca. W "Szumowinach" w finale aż trzy osoby pretendują do miana seryjnego mordercy. Kto jest winny?

Czytajcie "Szumowiny" zamiast marnować czas na telewizję narodową czy prywatną. Czytanie Horsta rzeczywiście pobudza wyobraźnię.

niedziela, 28 października 2018

Wybory samorządowe 2018

Wybory Samorządowe 2018 za nami. Pisząc - za nami mam na myśli Wejherowo, Gdynię czy Sopot, gdzie drugiej tury nie będzie. Co przyniosło nam - mieszkańcom grodu Wejhera i miast ościennych to święto demokracji?


Przede wszystkim dużo śmiechu, łez i przeświadczenia, że człowiek jest zdolny do wszystkiego byleby tylko a. utrzymać się przy korycie lub b. dostać się do niego. Pewna kandydatka z Redy (miasto niedaleko Wejherowa) na plakacie zapewniała, że dla "Was dwoi się i troi" umieszczając siebie trzykrotnie na plakacie. Z jakim skutkiem?

Na pewno gorszym niż jeden z kandydatów ruchu obecnego burmistrza Redy, który według kolegów mógł startować nawet z pasa startowego lotniska w Gdyni Kosakowie - byleby tylko dostać się do rady miasta Redy. Więc mądry włodarz wziął go na listę - takich chętnych nam trzeba. Zresztą on sam jako burmistrz z zawodu znów będzie rządził radą, w której zdecydowana większość to krzemiki. Zero opozycji jest równie złe dla demokracji co większość totalna.

W Gdyni wygrał zawodowy prezydent zwany przez złe języki "Kim Dzong Szczurek". Człowiek, który jak na swój wiek świetnie wygląda i mówi tylko pozytywne rzeczy (jak nie Polak) będzie rządził następne 5 lat. Kit z tym, że nawet ślepy na jedno oko nie widzi żadnej nowej drogi wybudowanej w ostatnich kadencjach w Gdyni a projekt miejskiego parku budowanego w parku (sic!) to już robienie sobie jaj z rzeczywistości. Szczur był, jest i pewnie będzie. W niektórych parafiach nie trzeba więc malować nowych portretów prezydenta Szczurka (tak! takie cymesy wiszą w Gdyni - mieście z morza, marzeń, nowoczesnym i tak dalej).

Jako mieszkaniec Wejherowa od lat obserwuję tu Wejherowskie Wojenki Polityczne. Rządzący od początku galaktyki prezydent Krzysztof Hildebrandt wygrał w pierwszej turze. Człowiek, który przez tegorocznych przeciwników nie był już nazywany złodziejem a bardziej skupiono się na tym, czy ze zdrowiem u niego w porządku zostawił młodszych przeciwników daleko w tyle.

Wspomniani przeze mnie oponenci prezydenta Hildebrandta - prezentujący na plakatach zębowy uśmiech - Rafał Szlas, syn lekarza - Arkadiusz Szczygieł i nikomu nieznany Tomir herbu Ponka dwoili się by tylko "kozła" pozbawić urzędu. Była kawa u Tomira, baloniki od Rafała i kandydat Arkadiusz na rowerze. A ludzie nie docenili i - jak mawiał Tomir herbu Ponka - zdecydowali, by pozostać w marazmie rządów Krzysztofa H.

Ten omawiany przez kandydatów marazm widać wyraźnie w kolejnych inwestycjach. Słabe dwa węzły - w tym Kwiatowa, place zabaw, chodniki, upiększany Park Majkowskiego czy piękne centrum miasta jest tak słabe, że trzeba kogoś, kto to wszystko rozpierdoli. A tu bach! Ludzie nie chcą! Chcą marazmu :)

I tak wolałem jak za czasów kandydata Łukowicza (imienia nie pamiętam) wejherowska PO stawała na uszach, by Krzysztofa Hildebrandta obrzydzić. Był nawet lokalny, wejherowski Fakt, który rozpisywał się o bizantyjskim życiu prezydenta, jachtach i wielu innych sprawach. A ten prezydent, który wygląda na plakacie tak samo jak w 1998 roku rządzi nadal.

Żal Arkadiusza Szczygła, który jest opozycją w miarę konstruktywną. Jego brak w Radzie Miasta na rzecz dwójki ze szczygłowego ruchu czy paru innych kandydatów egzotycznych będzie z pewnością widoczny. Wybory Samorządowe 2018 pozwalają bliżej poznać kandydatów z drugiej strony. Niejaki Wasiakowski wychował sobie fana, który w kilkunastu miejscach Wejherowa promował kandydata pisząc o nim cytuję: "złodziej" czy "huj". Kampania minęła a napisy pozostały. Kandydata proszę o ich natychmiastowe usunięcie.



Do Rady Powiatu znów dostał się Wspólny Powiat z dobrze zrobioną na plakatach Gabrielą Lisius. Nie dostał się za to "bezpartyjny" (sic!) Jerzy Budnik - poseł na sejm kilku dobrych kadencji. Twarz wejherowskiej PO już nie w PO? W ogóle to wejherowskie PO towarzystwo wydaje się mało żywotne. Po ostatnich przegranych wyborach samorządowych dowiedzieliśmy się, że Józef Reszke jest doradcą prezydenta Sopotu - Jacka Karnowskiego, a wieczny główny specjalista w wejherowskim starostwie - Jacek Gafka - otrzymał pracę w Urzędzie Miasta w Rumi. Nóż się w kieszeni otwiera, bo kto bez znajomości, koneksji czy czegokolwiek innego do pracy w urzędzie startował wie o co chodzi. A tu cyk - nie ma pracy i jest praca - dla naszych. Jak to leciało? By żyło się lepiej! (naszym :))

Wybory samorządowe to czas, w których człowiek trochę interesujący się polityką zdaje sobie sprawę, że to powtarzane do zarzygania stwierdzenie o "święcie demokracji" jest tylko dla radnych, burmistrzów prezydentów - ich rodzin i krewnych królika. My - oprócz chwilowej beki, paru baloników i czekolad nie dostajemy nic.

Do zobaczenia przy urnach za 5 długich lat :)


Homo nie całkiem sapiens. Bogdan Wojciszke i Marcin Rotkiewicz

Homo nie całkiem sapiens. Bogdan Wojciszke

Dlaczego PiS wygrał ostatnie wybory parlamentarne? Czemu Polacy uwielbiają narzekać? Czy z obserwacji psychologa może wynikać jakaś recepta dla naszego kraju? Na te i inne tematy próbują znaleźć odpowiedź Bogdan Wojciszke i Marcin Rotkiewicz.

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Smak Słowa w dość ciekawych okolicznościach. Jesteśmy po wyborach samorządowych Anno Domini 2018. Wszystkie partie twierdzą, że zwyciężyły choć od zarania dziejów wiadomo, że wygrany może być tylko jeden. PiS twierdzi, że wygrał, PO też tak twierdzi wespół z PSL. Nawet partia Wolność ma poczucie zwycięstwa. Dlaczego?

Na takie absurdy polskiej rzeczywistości odpowiedź próbują znaleźć prof. Bogdan Wojciszke w rozmowie z Marcinem Rotkiewiczem. Ten ostatni zadając pytania ciekawe i drążące sprawia, że mądry rozmówca uchyla nam - maluczkim rąbka tajemnicy związanej z psychologią.

Wojciszke nie lubi PIS-u i to widać w wielu odpowiedziach na pytania. Zły jest Jarosław Kaczyński wespół z Antonim Macierewiczem. Źli są smoleńscy wyznawcy, którzy w katastrofie wynikającej z wielu czynników nadal szukają zamachu, spisku i paru innych - niemniej ciekawych rzeczy. Profesor Wojciszke (słusznie) przypomina, że PiS wygrał hasłem "500 zł na każde dziecko". Wielu jednak o tym zapomniało i po wyborach hasło zmieniło się na "500 zł na każde DRUGIE dziecko". Poparcie wysokie i cały czas rośnie. Tu rzeczywiście potrzebny jest psycholog taki jak prof. Wojciszke.

Na szczęście "Homo nie całkiem sapiens" to nie tylko książka o polityce i jej kłamstewkach. Jest rzecz o lojalności, wspomnianym przeze mnie polskim marudzeniu i poczuciu więzi oraz prawdzie. Czy nowonarodzone dzieci mają wpisane jakąś wiedzę? A może rodzą się jako "tabula rasa"? To tylko niektóre z pytań stawianych w książce.

Podobnie do autorów dziw bierze, że gwiazdy badamy od tysiąca lat a psychologia to nauka niespełna stuletnia. Więc zanim postawimy na kimś krzyżyk, pójdziemy kupić jogurt albo zdecydujemy się kogoś oszukać - przeczytajmy "Homo nie całkiem sapiens" i wtedy podejmijmy decyzję.



Asiunia | Joanna Papuzińska | Recenzja

Asiunia. Joanna Papuzińska

"Asiunia" prof. Joanny Papuzińskiej to krótka acz mocna opowieść o przeżyciach dziecka w czasie II Wojny Światowej.

Asiunia - samotna jak palec


Historia zaczyna się dla Asiuni po jej piątych urodzinach. Właśnie wtedy zaczęła wszystko pamiętać i na sposób dziecka rozumieć. Urodzona w 1939 roku dopiero w 1944 mogła przekonać się, że czasy wojny nie należą do najprzyjemniejszych. Najpierw musiała opuścić dom zostawiając matkę, ojca i rodzeństwo. W obcym domu, w otoczeniu trzech kobiet i jej rówieśniczki musiała żyć dostosowując się do tamtych realiów - obcych mebli, otoczenia, ludzi i kubeczka, z którego piła mleko.

Kolejne ciocie, kolejne babcie


Potem była kolejna ciocia - weselsza i przyjemniejsza. Udawała tygrysa, a podczas ubierania zapominała, że pończochy nosi się na nogach - nie zaś na rękach. Asiunia na chwilę zapomina o wojnie. Niestety po pewnym czasie znów musi uciekać - tym razem do babci, która opiekuje się już jej rodzeństwem poza Warszawą.

Widmo głodu, którego nie znamy


Głód, bieda i strach wypełniają życie dzieci z otoczenia Asiuni. Jej starsi bracia starają się zdobyć jedzenie, którego na rynku nie ma. Próbują coś sprzedawać, polować na zające bądź imać się przeróżnych zajęć byleby tylko nie chodzić głodnym. W przykrótkich kurtkach i wypchanych gazetami butach walczą o kolejny dzień.

Najlepsza w tym wszystkim jest babcia. Z żołędzi potrafi zrobić niesamowicie gorzką ale pożywną kawę. Jej pomysłowość w kuchni nie zna granic, choć jedzenia nie ma praktycznie żadnego.   Niemcy uciekają, Rosjanie wkraczają. Asiunia już nie wie, co gorsze. Koniec wojny to klasyczny happy end, w którym tata odnajduje swoje dzieci. O mamie nie wiemy jednak nic.

Asiunia istnieje naprawdę


Joanna Papuzińska - autorka "Asiuni" jest jednocześnie bohaterką tej opowieści. Wszystko to przeżyła. Wojna, głód, strach i lęk towarzyszyły jej w każdym momencie II Wojny Światowej. Ta opowieść to cenne świadectwo tamtych czasów - opowieść o dzieciach, które nie były szanowane i chciane. Sieroty błąkające się bez celu i pozostawione na pastwę losu miały szczęście, gdy trafiały na ciocie i babcie opisane w książce. Gdy jednak nie miały opieki - nie było happy endu.

Dobrze, że taka książka jest lekturą w szkole. Warto o tamtych czasach przypominać i z dziećmi rozmawiać. 

Książka polecana jest przez Muzeum Powstania Warszawskiego i przeze mnie :)