piątek, 19 czerwca 2026

Arka Gdynia po sezonie: rewelacja, która dopiero się rozkręca

Czwarte miejsce w Orlen Basket Lidze, pierwsza faza play-off od siedmiu lat i hala wypełniona tak szczelnie jak dawno jej nie pamiętano. Sezon 2025/26 AMW Arki Gdynia można streścić jednym słowem: przełom. A jednak, słuchając ludzi z wnętrza klubu, trudno oprzeć się wrażeniu, że to dopiero rozbieg. Co dalej z żółto-niebieskimi? Spróbujmy poukładać to, co wiemy.

 

Sezon ponad oczekiwania

Jeszcze u progu rozgrywek nikt w Gdyni nie obiecywał gruszek na wierzbie. Po fatalnym sezonie 2024/25 marzenia o play-offach wypowiadano raczej półgłosem, a celem minimum było po prostu odbicie się od dna. Tymczasem Arka wylądowała w strefie medalowej, po drodze wygrywając derby, awansując do turnieju o Puchar Polski i eliminując faworyzowany Śląsk Wrocław.

Co istotne, wszystko to wydarzyło się przy budżecie znacznie skromniejszym niż u czołowych rywali. Prezes Bartłomiej Wołoszyn nie ukrywa, że klub wydał na sport około 20 procent mniej niż rok wcześniej, a mimo to osiągnął nieporównywalnie lepszy wynik. Trener Mantas Cesnauskis obiecywał przed sezonem lepszą grę za mniejsze pieniądze — i słowa dotrzymał. W zestawieniu efektu sportowego do wydanych środków Arka plasuje się, zdaniem prezesa, co najmniej na ligowym podium, o ile nie na samym jego szczycie.

To właśnie ta dysproporcja między portfelem a wynikiem czyni z gdynian jedną z najsympatyczniejszych historii minionego sezonu.

Cena medalowej walki

Za sukcesem kryją się jednak także koszty — i to dosłowne, fizyczne. Najlepszym tego przykładem jest Milan Barbitch, który całą fazę play-off przegrał z własnym ciałem. Poważne skręcenie stawu skokowego, którego nabawił się w meczu z Twardymi Piernikami, praktycznie wykluczało go z dalszej gry. A jednak grał.

Barbitch nie owija w bawełnę: w tych play-offach w ogóle nie powinien był wychodzić na parkiet. Spuchnięta, sina kostka, leki przeciwbólowe i — jak sam mówi — gra na jednej nodze, bez eksplozywności i wyskoku. Że w ogóle stanął do walki, zawdzięcza fizjoterapeucie Hubertowi Śledzińskiemu, którego nazywa magikiem i geniuszem. Metody bywały zaskakujące: okłady z kapusty podczas wyjazdów do Wrocławia czy Zielonej Góry, specjalna glina na noc, niezliczone masaże. Brzmi jak szaleństwo, ale, jak zapewnia zawodnik, działało.

Mimo bólu Barbitch nie żałuje tej decyzji. Powtarza, że chciał dać drużynie wszystko i nie mieć wyrzutów sumienia — a w zamian dostał porcję niezapomnianych emocji. To opowieść, która dużo mówi o atmosferze w szatni: kapitalna odskocznia po frustrującym epizodzie w Grecji, świetni koledzy, życzliwy sztab i bardzo dobre relacje z zarządem oraz właścicielem klubu.

Liga, która zasługuje na więcej szacunku

Przy okazji Barbitch wystawia ciekawą laurkę polskiej koszykówce. Grał wcześniej we Francji i w Grecji, więc ma punkt odniesienia. Jego zdaniem Orlen Basket Liga to jedna z najbardziej niedocenianych rozgrywek w Europie — według nieoficjalnych rankingów plasowana gdzieś w okolicach dziesiątego miejsca, ale jego zdaniem zasługująca na lokatę w pierwszej szóstce. Tak, Francja i Grecja są mocniejsze, ale polska liga, w której grają inteligentni zawodnicy, potrzebuje po prostu więcej rozgłosu i uznania.

Dlaczego nie europejskie puchary

Czwarte miejsce teoretycznie otwierało drzwi do FIBA Europe Cup. A jednak Arka tej szansy świadomie nie wykorzysta — i to decyzja, którą warto rozumieć.

Argumentacja prezesa jest spójna z całą filozofią klubu. Kibice w Gdyni pamiętają czasy rywali z Euroligi — drużyny z Hiszpanii, Turcji i Włoch. Tymczasem w rozgrywkach, do których Arka mogłaby się dziś zgłosić, o tej klasy przeciwników byłoby trudno. Patrząc na doświadczenia sąsiadów z Sopotu, Wołoszyn woli zaproponować kibicom jedno mocno naładowane emocjami widowisko ligowe co dwa tygodnie i dalej rozwijać klub organicznie. Sygnał jest jednak jasny: to „jeszcze nie teraz", a nie „nigdy". Jeśli klub utrzyma obecną dynamikę, podbój Europy ma być tematem kolejnych sezonów.

Jak będzie wyglądać kadra

Tu jest najwięcej konkretów — i najwięcej znaków zapytania.

Na pewno zostają trzej doświadczeni Polacy: Kamil Łączyński, Jarosław Zyskowski i Jakub Garbacz, których kontrakty przedłużyły się automatycznie dzięki osiągniętemu wynikowi. W dobie trudnego rynku zawodników krajowych to dla klubu spora wartość. Kontynuowana ma być też współpraca z Filipem Kowalczykiem — pozostały głównie formalności. Na kontrakcie jest młody Oliwier Botorek, a klub zapowiada rychłe ogłoszenie kolejnego, już podpisanego gracza, którego nazwiska prezes na razie nie zdradza. Na pytanie o Alexa Steina, znanego trenerowi Cesnauskisowi z Czarnych Słupsk, padło dyplomatyczne „pomidor".

Poza Polakami Arka szuka pięciu kolejnych koszykarzy, najpewniej obcokrajowców. Klub złożył lub złoży oferty niemal wszystkim zawodnikom z minionego sezonu. Jak ujął to prezes: jeśli zostanie jeden — będzie dobrze, jeśli dwóch — to wygrana, a jeśli trzech, to już prawdziwe mistrzostwo świata, bardzo trudne do osiągnięcia.

Osobny wątek to Luke Barrett, który trafił do Gdyni na 30-dniowy okres próbny, a w decydującej fazie sezonu stał się jednym z kluczowych ogniw. Dostał propozycję z ponad stuprocentową podwyżką, ale na stole leży też oferta z ligi niemieckiej, której Arka nie jest w stanie przebić. Wybór należy do niego: jeszcze rok w znanym środowisku u sprawdzonego trenera, czy od razu skok na głębszą wodę.

A co z Milanem Barbitchem? Sam mówi „nie" tylko temu, by mówić „nie". Rozmów z klubem jeszcze nie było, jest na nie za wcześnie, sprawami zajmują się agenci — ale gdyby miał zostać, byłby z tego bardzo szczęśliwy. W tym biznesie, jak przypomina, wszystko jest możliwe.

Trybuny jako najlepszy wskaźnik

Jeśli szukać twardego dowodu, że projekt idzie w dobrą stronę, najlepiej spojrzeć na trybuny. Średnia frekwencja w sezonie zasadniczym skoczyła z 1712 do 2290 widzów — to wzrost o ponad 33 procent. W play-offach było jeszcze lepiej, mimo że żaden mecz domowy nie odbył się w weekend. Na przyszłość klub ma już zapewnienie ligi, że najbardziej medialne spotkania — derby z Treflem czy mecze z Anwilem — będą rozgrywane w dni weekendowe.

Co dalej?

Obraz, który wyłania się z obu rozmów, jest dość spójny. Arka złapała wiatr w żagle, zrobiła to mądrze i taniej niż konkurencja, i — co może najważniejsze — nie zamierza przepalić tego kapitału pochopnym pościgiem za prestiżem. Poprzeczka na kolejny sezon idzie w górę: trzeba udowodnić, że to nie był wypadek przy pracy, lecz początek trwałego trendu.

Barbitch zapamięta z Gdyni wspólną kolację i zdjęcie zgranej grupy dobrych ludzi — bo to, jego zdaniem, było fundamentem udanego sezonu. Prezes z kolei mierzy sukces dobrze wykonaną pracą i świadomością, że klub startuje teraz z wyższego pułapu. Jedno i drugie brzmi jak dobry punkt wyjścia. Europa może poczekać — ale chyba nie aż tak długo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz