Jest pewien paradoks, od którego trudno uciec, sięgając po tę książkę: Polacy potrafią szczegółowo opowiedzieć o Lourdes i Fatimie, a o jedynym uznanym przez Kościół objawieniu maryjnym na własnej ziemi wiedzą zaskakująco mało.

Ewa K. Czaczkowska zauważa to bez wyrzutu, raczej z badawczą ciekawością i z tej ciekawości buduje rzecz, która wykracza daleko poza pobożną pamiątkę z sanktuarium.
Odkryć Gietrzwałd na nowo nie jest książką jubileuszową, choć ukazuje się w przededniu 150. rocznicy wydarzeń z 1877 roku. I dobrze, że nie jest, bo jubileusze sprzyjają laurkom, a autorka świadomie wybiera coś trudniejszego: rzetelny opis. Punktem wyjścia czyni fakt, że latem 1877 roku w niewielkiej warmińskiej wsi dwie dziewczynki, Justyna Szafryńska i Barbara Samulowska, przez 82 dni i aż 187 razy widziały w koronie przykościelnego klonu „Piękną Panią". I że właśnie to wydarzenie — jedno z trzydziestu kilku oficjalnie rozeznanych przez Kościół na świecie, przez niemal półtora wieku pozostawało w Polsce dziwnie niedopowiedziane.
Największą siłą tej książki jest metoda. Czaczkowska, historyk z warsztatem i zarazem doświadczona dziennikarka, nie opiera się na legendzie ani na dewocyjnym przekazie powtarzanym z pokolenia na pokolenie. Sięga po to, co potwierdzone: dokumenty, protokoły, korespondencję, archiwa zgromadzeń zakonnych, w których przechowywane są ślady dalszych losów wizjonerek. To owoc ponad dwóch lat pracy w źródłach i rozmów i widać to na każdej stronie. Gdzie inni autorzy stawiali tezy, ona pokazuje dowód albo uczciwie zaznacza granicę tego, co wiadomo. Taka dyscyplina jest w piśmiennictwie o objawieniach rzadka i wiele mówi o powadze, z jaką autorka traktuje czytelnika.
A przy tym książka się po prostu czyta. Czaczkowska rekonstruuje tamto lato niemal scena po scenie: tłumy nadciągające pieszo, furmankami i koleją ze wszystkich trzech zaborów, liberalną prasę szydzącą z „zabobonu", pruskich urzędników obserwujących rosnący ruch pielgrzymkowy z coraz większym niepokojem. Czytelnik nie tyle dowiaduje się o wydarzeniach, ile zostaje w nie wprowadzony — staje się ich świadkiem. To zasługa pisarskiego talentu, który sprawia, że historyczna precyzja nigdzie nie ciąży, lecz napędza opowieść.
Z tej rekonstrukcji wyłania się też kontekst, który dla polskiego czytelnika powinien być najważniejszy, a bywa pomijany. Rok 1877 to apogeum Kulturkampfu, pruskiej polityki wymierzonej w Kościół katolicki i w polskość. W tym właśnie momencie, na ziemi poddanej germanizacyjnej presji, „Piękna Pani" przemawia po polsku. Czaczkowska nie nadużywa tego wątku, nie robi z Gietrzwałdu politycznego sztandaru ale pokazuje, jak głęboko orędzie wpisało się w duchową i narodową sytuację epoki, i jak realnie umacniało wiarę ludzi przyciśniętych do muru.
Samo przesłanie autorka relacjonuje bez egzaltacji: wezwanie do codziennej modlitwy, zwłaszcza różańca, pytania o wiarę, cierpienie i sens, a w odpowiedzi coś, co według relacji porządkowało ludziom życie i przywracało nadzieję. To ujęcie trzeźwe, dalekie od cudowności na pokaz, i właśnie dlatego przekonujące. Osobne, mocne miejsce zajmują w książce same wizjonerki. Czaczkowska nie zostawia ich na progu objawień; idzie za ich dalszymi losami, przywraca im biografię, twarz i wybory dorosłego życia. To jeden z najcenniejszych rysów tej pracy dziewczynki z 1877 roku przestają być ikoną, a stają się konkretnymi ludźmi.
Czy książka ma słabsze strony? Gęstość źródeł i dbałość o kontekst sprawiają, że miejscami wymaga ona od czytelnika uwagi, to nie jest lektura, którą przegląda się pośpiesznie. Ktoś szukający wyłącznie wzruszenia może poczuć się onieśmielony aparatem dokumentacyjnym. Ale to cena, jaką płaci się za solidność, i w tym wypadku cena uczciwa. Autorka wyraźnie woli czytelnika, który chce zrozumieć, od czytelnika, którego trzeba olśnić.
Recenzenci tej książki, wśród nich ks. prof. Kazimierz Łatak i ks. prof. Janusz Królikowski, nie wahają się mówić o pracy przełomowej w dotychczasowym piśmiennictwie o Gietrzwałdzie. To ocena, którą lektura potwierdza. Odkryć Gietrzwałd na nowo robi bowiem coś, czego od dawna brakowało: zdejmuje z tych wydarzeń patynę ogólnikowej pobożności i pokazuje je jako fakt osadzony w czasie, udokumentowany, poddany rozeznaniu Kościoła.
To książka dla każdego, kogo ta historia zatrzymuje i kto ma pytania, które wracają. Dla wierzących będzie zaproszeniem, by orędzie z Warmii odkryć dla siebie na nowo. Dla czytelnika nastawionego bardziej historycznie rzetelnym studium fenomenu, którego nie da się już zbyć wzruszeniem ramion. A dla polskiej kultury religijnej, przyzwyczajonej spoglądać na cuda gdzie indziej, jest cichą, mocno udokumentowaną propozycją, by wreszcie spojrzeć u siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz