To jedyne objawienia maryjne oficjalnie uznane przez Kościół, które wydarzyły się na ziemiach polskich - a mimo to wciąż pozostają w cieniu Fatimy i Lourdes. W 1877 roku w Gietrzwałdzie na Warmii Maryja objawiała się dwóm dziewczynkom przez 82 dni, mówiąc do nich po polsku. Ten właśnie fakt zadecydował o niezwykłej sile tych wydarzeń dla budzącej się polskiej tożsamości narodowej ale też, paradoksalnie, na długie dziesięciolecia je zmarginalizował. W książce Odkryć Gietrzwałd na nowo.
Jedyne uznane objawienia maryjne w Polsce Ewa K. Czaczkowska sięga do źródeł, by oczyścić te wydarzenia z mitów i ideologii i ustala między innymi, że objawień było nie 160, jak dotąd podawano, lecz 187. O zmitologizowanym dziedzictwie gietrzwałdzkich objawień, dramatycznie różnych losach obu wizjonerek i uniwersalnym przesłaniu, które pozostaje aktualne, rozmawiamy z autorką.
Co skłoniło Panią do podjęcia tematu Gietrzwałdu właśnie teraz i czy w trakcie pracy nad książką natrafiła Pani na dokumenty, które rzuciły zupełnie nowe światło na sprawę tych objawień?
Napisałam książkę o Gietrzwałdzie nie z powodu zbliżającego się jubileuszu 150.lecia objawień. Wstyd powiedzieć, ale gdy zrodziła się we mnie myśl jej napisania nie byłam nawet świadoma tej rocznicy. Po raz pierwszy pojechałam do Gietrzwałdu w… 2023 roku i od razu urzekło mnie to miejsce. A potem pomyślałam, że tak mało jest ono znane w Polsce, że trzeba o nim pisać, pokazywać je, przybliżać.
Chciałam, aby powstała książka jak najbardziej merytoryczna, bo te objawienia przez lata zostały zmitologizowane i zideologizowane. W czasie pracy nad książka zapoznałam się chyba ze wszystkimi dostępnymi źródłami. Na podstawie raportów, sprawozdań ustaliłam, że objawień było nie 160 jak się podaje w literaturze, ale 187, co potwierdziłam w źródłowej książce z 1877 roku ks. Franciszka Hiplera, rektora ówczesnego seminarium w Braniewie. Dużo ciekawych informacji przekazały mi siostry szarytki na temat obu widzących dziewczynek, które wstąpiły do ich zgromadzenia.
W jaki sposób fakt, że Maryja przemawiała do dziewczynek po polsku, wpłynął na budzenie się tożsamości narodowej na Warmii i czy uważa Pani, że ten polski aspekt nie przysłonił z czasem czysto duchowego orędzia?
Tak, przysłonił je. Maryja zawsze, w każdych objawieniach mówi w takim języku, jakim posługują się wizjonerzy. Dziewczynki mówiły po polsku, czy raczej w gwarze warmińskiej, a więc po polsku mówiła do nich Maryja. Ale ten fakt miał ogromne znaczenie dla polskich Warmiaków, wśród których właśnie wtedy budziło się poczucie przynależności do wielkiego narodu polskiego. I miał on znaczenie dla
przybywających z trzech zaborów Polaków dla budowania jedności narodowej, odbudowy poczucia dumy z bycia Polakami. Działacze narodowi i niepodległościowi podnosząc fakt, iż Maryja mówiła po polsku, zaczęli przedstawiać objawienia jako – jak mówi w mojej książce dr hab. Monika Waluś, mariolog – jako „nasze”, „polskie” i w ten sposób wyłączyli z nich inne narodowości, głównie, oczywiście, Niemców. To spowodowało pewną marginalizację gietrzwałdzkich objawień na długie lata.
Czy badając życiorysy Justyny Szafryńskiej i Barbary Samulowskiej, potrafiła Pani odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to samo mistyczne doświadczenie w tak odmienny sposób ukształtowało ich późniejsze, skrajnie różne wybory?
Nie, trudno na to pytanie odpowiedzieć. Obie dziewczynki po zakończeniu objawień znalazły schronienie u sióstr szarytek, najpierw w Chełmnie, potem w Paryżu, obie wstąpiły do zgromadzenia i zostały siostrami miłosierdzia. Ale w pewnym momencie ich drogi się rozeszły. Barbara Samulowska w 1895 roku wyjechała na misje do Gwatemalii i tam zmarła, a teraz dobiega końca jej proces beatyfikacyjny. Natomiast Justyna Szafryńska w 1897 roku porzuciła klasztor, a dwa lata później wyszła za mąż, po ośmiu latach została wdową. Nie wiadomo, kiedy zmarła i gdzie jest pochowana. Dlaczego wystąpiła - nie wiadomo. Być może, to najprostsze wytłumaczenie, po prostu nie miała powołania do życia zakonnego.
Jak bardzo pruska polityka Kulturkampfu utrudniała rzetelne zbadanie objawień przez Kościół, a szczególnie przez miejscowego proboszcza, księdza Augustyna Weichsela?
Te objawienia zostały rzetelnie zbadane przez ówczesne władze kościelne. Początkowo bowiem pruska administracja rządowa, żandarmeria nie przeszkadzały w tym, nie przeszkadzały też pielgrzymom, których latem 1877 roku przybyło do Gietrzwałdu kilkaset tysięcy. Do zakończenia objawień trwał tu spokój i administracja kościelna – proboszcz Augustyn Weichsel, biskup Filip Krementz, który powołał komisję do zbadania objawień, przysłał lekarzy itd. - miała możliwości zbadania objawień. To była naprawdę bardzo ważna okoliczność, tym bardziej, że rok wcześniej na przeciwnym końcu Prus w Marpingen, niedaleko Trewiru, gdzie miała objawić się Matka Boża, oddział żandarmów siłą rozbił
zgromadzenie pielgrzymów i uwięził widzące dziewczynki. Ta spraw stanęła nawet w pruskim parlamencie. Być może z tego powodu rok później w Gietrzwałdzie prusacy nie zdecydowali się użyć siły. Niemniej, gdy po kilku miesiącach władze pruskie doszły do przekonania, że Gietrzwałd jako nowy ośrodek religijny stał się ważnym ośrodkiem sprawy niepodległościowej, zaczęły się szykany zarówno
wobec pielgrzymów jak duchowieństwa. Proboszcz Weichsel kilkadziesiąt razy był przesłuchiwany, płacił grzywny, a nawet tydzień siedział w więzieniu, między innymi dlatego, za to, że nie chciał podać nazwisk duchownych z innych parafii, którzy pomagali mu duszpastersko. A tego zabraniały przepisy kulturkampfu, przewidując surowe kary.
Dlaczego, według Pani, objawienia w Gietrzwałdzie wciąż wydają się mniej znane niż wydarzenia z Fatimy czy Lourdes, i jakie jest ich najważniejsze, uniwersalne przesłanie dla dzisiejszego świata?
To, że gietrzwałdzkie objawienia są mało znane w Polsce i na świecie jest efektem naszych dziejów – zaborów, przegranego przez odrodzoną RP plebiscytu na Warmii w 1920 roku i tego że Gietrzwałd z Warmią znalazł się w granicach Polski dopiero po drugiej wojnie światowej. To dlatego objawienia, które postrzegane były w XIX wieku jako „polskie”, zostały uznane przez Kościół dopiero w 1977 roku.
Ale od tego czasu minęło już 50 lat, a my wciąż wiemy o nich mało. A przecież są one jedyne wśród 31. objawień maryjnych, oficjalnie uznanych przez Kościół, które wydarzyły się na naszych ziemiach. Maryja objawiała się przez 82 dni aż 187 razy, gdy – choć nie o rankingi tu chodzi, to warto wiedzieć - w Lourdes 18, w Fatimie sześć, w La Salette jeden raz. Maryja w Gietrzwałdzie zawsze objawiała się w czasie
modlitwy różańcowej odmawianej przez grupy wiernych, czasem kilkudziesięciotysięczne, jakby chcąc wskazać jak ważna jest to modlitwa i przyzwyczaić do jej odmawiania. Bo przez modlitwę człowiek zmienia się i przez pryzmat wiary zaczyna kształtować swoje życie. Matka Boża objawiła się w
Gietrzwałdzie jako Maryja Niepokalanie Poczęta, tak jak w Lourdes, i miała dwa główne życzenia: aby codziennie odmawiać różaniec oraz w miejscu objawień postawić kapliczkę z Jej figurą. To jest zasadnicza część gietrzwałdzkiego objawienia. Wezwanie do modlitwy jest uniwersalne w każdym miejscu i czasie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz