Reprezentacja Polski zaczęła eliminacje do mistrzostw świata 2027 od tego, co w sporcie najważniejsze: wygranej. W Gdyni biało-czerwoni pokonali Austrię 90:78 i zrobili pierwszy krok na drodze do turnieju w Katarze. Wynik wygląda solidnie, ale jeśli oglądałeś ten mecz, wiesz jedno – łatwy to on nie był.
Po spotkaniu Igor Milicić podsumował wszystko krótko: „Ten mecz był trudny, ale fajny”. I tak naprawdę w tych kilku słowach mieści się cała historia obecnej kadry: poobijanej, w przebudowie, ale dalej ambitnej i niebezpiecznej.
Zwycięstwo ważniejsze niż styl
Zacznijmy od podstaw. Polska musiała ten mecz wygrać. Austria nie jest potęgą europejskiej koszykówki, ale w obecnym systemie eliminacji każda wpadka potrafi zaboleć. Tutaj nie ma już „spacerów” – każde spotkanie ma swoją wagę.
Polacy prowadzili praktycznie przez całe 40 minut, ale Austriacy cały czas trzymali się w grze rzutem z dystansu. Trafiali trójki w momentach, kiedy wydawało się, że odjeżdżamy na bezpieczny dystans, i co chwilę psuli nam plan na spokojną końcówkę.
Dlatego po ostatniej syrenie kluczowe były trzy fakty:
-
jest wygrana na otwarcie,
-
przetestowaliśmy nowe role w zespole,
-
zobaczyliśmy, jak kadra funkcjonuje bez kilku ważnych nazwisk.
Styl jeszcze nie zachwyca, ale na tym etapie eliminacji liczy się przede wszystkim wynik.
Kadra szyta w trzy–cztery dni
Najciekawszy fragment pomeczowej wypowiedzi Milicicia dotyczył… czasu. Selekcjoner przyznał, że w trzy–cztery dni trzeba było przygotować de facto nowy zespół. I nie była to kokieteria.
Zabrakło kilku kluczowych graczy:
-
kreatora gry na obwodzie,
-
podstawowego środkowego,
-
ofensywnego lidera, który miał odciążać resztę kadry.
Zostaje kręgosłup w postaci Mateusza Ponitki, Michała Sokołowskiego i kilku dobrze znanych nazwisk, ale wokół nich trzeba na szybko budować nowe ustawienia, nowe schematy i nowe odpowiedzialności. Na pełne dopracowanie koncepcji zwyczajnie brakuje czasu – reprezentacja to nie klub, w którym trener ma do dyspozycji cały sezon.
W takiej rzeczywistości nie da się od razu zagrać basketu na poziomie folderu reklamowego. Można za to zbudować drużynę, która wie, po co wychodzi na parkiet. I właśnie to było w tym meczu widać.
Wieczór Jerricka Hardinga
Jeśli ten wieczór miał swojego głównego bohatera, to był nim Jerrick Harding. Naturalizowany reprezentant Polski odpalił już w debiucie – zdobył ponad 30 punktów i przez większą część meczu był najpewniejszą opcją w ataku.
To nie był występ z gatunku „napompowane cyferki”, tylko bardzo konkretna odpowiedź na realną potrzebę kadry. Po odejściu A.J. Slaughtera pojawiło się kluczowe pytanie: kto będzie naszym nowym „go-to guy’em” na piłce? Kto weźmie odpowiedzialność, kiedy rywal złapie serię, a zegar nieubłaganie schodzi w dół?
Harding pokazał, że może być właśnie takim zawodnikiem:
-
brał ciężar gry na siebie,
-
trafiał w trudnych momentach,
-
potrafił zarówno sam kreować rzuty, jak i korzystać z zasłon i ruchu kolegów.
Oczywiście – jeden mecz nie robi z nikogo legendy. Ale jako pierwszy sygnał dla kibiców i dla całej kadry to był bardzo mocny wieczór.
Stary trzon, nowe problemy
Obok nowej twarzy w reprezentacji swoje zrobili też „starzy” liderzy. Znowu było widać, że:
-
Ponitka potrafi uspokoić grę, kiedy robi się nerwowo,
-
Sokołowski to klasyczny „two-way player” – broni, zbiera, biega, dorzuca punkty, gdy trzeba,
-
doświadczeni kadrowicze rozumieją, jak „zarządzać” meczem, w którym rywal złapał rytm.
Milicić po meczu chwalił zespół za charakter i walkę na tablicach. W sytuacji, gdy system nie jest jeszcze na sto procent dopracowany, właśnie takie elementy – zbiórki, doskok do piłki, walka na parkiecie – często wygrywają mecze.
Jednocześnie selekcjoner jasno wskazał, co mu się nie podobało: zbyt dużo swobody dla austriackich strzelców na obwodzie. Polacy wiedzieli, kogo muszą ograniczyć, a mimo to kilka razy pozwolili rywalom na zbyt komfortowe rzuty.
Na poziomie eliminacji to „tylko” ostrzeżenie. Na poziomie mistrzostw świata – może być to różnica między euforią a rozczarowaniem.
„Nie patrzymy na innych, patrzymy na siebie"
W tle meczu z Austrią pojawił się jeszcze jeden ważny wątek – wynik w drugim spotkaniu naszej grupy. Holandia pokonała Łotwę na jej terenie, co można uznać za małą sensację. Od razu pojawiły się pytania, co to oznacza dla układu tabeli i szans Polaków.
Milicić szybko ten temat uciął. Dla niego najważniejsze jest jedno: reprezentacja ma patrzeć na siebie, nie na innych. Żadnego kalkulowania, żadnego dopasowywania się do drabinki, żadnego liczenia punktów przed czasem.
To podejście jest bardzo spójne z tym, co widzieliśmy wcześniej – choćby na EuroBaskecie 2022. Ta kadra najlepiej wygląda wtedy, kiedy:
-
skupia się na własnym systemie,
-
nie boi się nazwisk rywali,
-
akceptuje, że czasem trzeba przejść przez „brzydkie” mecze, żeby dojść do czegoś dużego.
Dlaczego ten mecz był ważniejszy, niż wygląda z tabeli?
Z zewnątrz można powiedzieć: „zadanie wykonane, słabszy rywal pokonany, jedziemy dalej”. Ale to spotkanie miało kilka głębszych warstw.
1. Test charakteru
Austria siedziała nam na plecach niemal przez całe spotkanie. Tego typu mecze są trudne psychicznie – robisz swoje, a rywal i tak trafia kolejne trójki. Bardzo łatwo wtedy o frustrację, głupie straty, złe decyzje. Polacy, mimo problemów, nie rozsypali się.
2. Sprawdzenie nowych ról
Kto weźmie grę na siebie bez klasycznego centra? Jak atak będzie wyglądał bez typowego kreatora na jedynce? Co się stanie, kiedy zabraknie kilku stron z „kadrowej książki telefonicznej”? Ten mecz dał sztabowi reprezentacji konkretny materiał do analizy – i równie konkretne odpowiedzi.
3. Start „Misji Katar”
Eliminacje to maraton, nie sprint. Wygrana na otwarcie jest ważna nie tylko matematycznie, ale też psychologicznie. Zdecydowanie łatwiej budować nową drużynę jako zespół z bilansem 1–0 niż jako ekipa, która od razu musi tłumaczyć się z wpadki.
Co dalej? Haga, Holandia i walka o status lidera?
Kolejny przystanek to Haga i mecz z Holandią. Stawką będzie pozycja niepokonanego lidera po pierwszym okienku eliminacji. To spotkanie od razu podnosi poprzeczkę.
Ten mecz odpowie na dwa kluczowe pytania:
-
Czy obrona na obwodzie naprawdę została poprawiona po tym, co zobaczyliśmy z Austrią?
-
Czy Harding i reszta zespołu są w stanie utrzymać intensywność i koncentrację na wyjeździe?
Jeśli odpowiedź na oba pytania będzie twierdząca, hasło „Misja Katar” zacznie brzmieć bardzo realnie, a nie tylko jak efektowny slogan.
Dlaczego „trudno, ale fajnie” pasuje do tej kadry idealnie?
Zdanie rzucone przez Milicicia po meczu – „trudno, ale fajnie” – jest świetnym opisem tego, gdzie dziś jest reprezentacja Polski.
-
Trudno, bo skład jest w ciągłym ruchu, kontuzje i absencje mieszają szyki, a każde okienko eliminacji to nowe zadania dla sztabu.
-
Ale fajnie, bo mimo tych wszystkich przeszkód kadra dalej potrafi wygrywać, potrafi grać z charakterem i potrafi dawać kibicom emocje, których nie kupi się w żadnym sklepie z gadżetami.
W czasach, w których łatwo narzekać, Milicić proponuje coś innego: spokój, konsekwencję i wiarę w proces. Nie obiecuje cudów, nie szuka wymówek. Mówi wprost: to są mecze, które nas hartują.
Jeśli ta droga rzeczywiście doprowadzi nas do mistrzostw świata w Katarze, to jestem przekonany, że to jedno zdanie jeszcze nieraz wróci w rozmowach o tej kadrze. I to w zdecydowanie bardziej radosnym kontekście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz