Bądź na bieżąco - otrzymuj newsletter

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 sierpnia 2020

Paranormalne. Historie nawiedzeń

Nie ma w Polsce osoby, która podczas wakacyjnych wieczorów nie słyszałaby od swojej babci czy cioci opowieści o domu w sąsiedztwie, w którym straszy. Nasza natura - żądna przygód i opowieści z dreszczykiem w pewnym stopniu zaspokoi te pragnienia dzięki książce "Paranormalne" Michała Stonawskiego.

środa, 11 marca 2020

Siostra Faustyna. Biografia świętej

Ewa Czaczkowska jak nikt inny na świecie zna życie św. Faustyny Kowalskiej. Nowe wydanie biografii świętej pokazuje głębię życia osoby, dzięki której świat dowiedział się o Bożym Miłosierdziu.


piątek, 3 stycznia 2020

Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie.

Czołem, nie ma hien

Światowa mekka outsiderów, ludzi szukających schronienia przed prawem i kapitalizmem. Komunistyczne państwo okadzone marihuaną, w którym dobry biznes można zrobić na szkole kitesurfingu albo na domu publicznym. Tak w skrócie przedstawia się książka Andrzeja Mellera "Czołem, nie ma hien".


sobota, 25 listopada 2017

Człowiek, który widział więcej. Recenzja książki

Eric-Emmanuel Schmitt to twórca opowieści, które skłaniają czytelnika do myślenia o życiu i jego aspektach. W świecie, w którym wszystko pędzi szybciej niż światło stara się wzbudzić w czytelniku choć chwilową refleksję nad najważniejszymi elementami ludzkiej egzystencji. Nie inaczej jest w "Człowieku, który widział więcej".



Głównym bohaterem opowieści jest Augustin, który odbywa staż w jednym z dzienników w Charleroi. Niskoopłacany chłopak z sierocińca, który nie ma gdzie mieszkać i squatuje stara się zostać dziennikarzem przez duże D. Pewnego dnia wysłany na poszukiwanie tematu jest świadkiem zamachu terrorystycznego, w którym sam odnosi obrażenia. Tam okazuje się, że Augustin widzi wokół ludzi duchy towarzyszące im nieustannie.

Dar jest błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Chłopak jako ostatni widział wysadzającego się w powietrze terrorystę i teraz stara się poznać motywy jego działania. Jako naoczny świadek tego wydarzenia jest dla właściciela gazety - pana Pegarda żyłą złota. Kolejne artykuły ukazujące się w gazecie biją rekordy popularności. Dzięki nim Augustin może zrealizować swoje marzenie - porozmawiać o tych wydarzeniach z Ericem Emanuelem Schmittem.

"Człowiek, który widział więcej" daje możliwość poznania poglądów, doświadczeń i nieznanych dotąd (?) faktów z życia Schmitta. Autor "Oskara i Pani Róży" pisząc dialogi w książce zaprasza czytelnika do dyskusji na kondycją społeczeństwa w XXI wieku. Dlaczego zamiast dobra jest tyle zła, które cały czas narasta i tworzy kolejne wydarzenia z serii tragicznych. Zmuszając Augustina do zażycia Ayahuasci pokazuje dialog "dorosłego Oskara", który najpierw pisał listy do Boga a teraz ma możliwość osobistej z nim konfrontacji.

Czy religia jest przyczyną zamachów i międzynarodowych konfliktów? Dlaczego Bóg nie interweniuje widząc ogrom zła dokonywanego przez ludzi? Która księga jest prawdziwa - Biblia czy Koran? Dlaczego ludzie są niereformowalni? To tylko niektóre z pytań zadawanych na kartach "Człowieka, który widział więcej". Okazuje się, że to, co uznajemy za część Koranu jest dodatkiem do zupełnie innych ksiąg niemających nic z nią wspólnego. To jednak rodzi kolejne pytanie - co powoduje, że ludzie w imię jakiegokolwiek Boga decydują się zabijać?

"Człowiek, który widział więcej" to piękna opowieść Schmitta, która uderza w dawno zapomniane struny. Autor włączając się w dyskusję dotyczącą aktualnej sytuacji w Europie wsadza kij w mrowisko - zarówno dla zwolenników jak i przeciwników emigracji. I jeszcze umie spojrzeć na terrorystę jak na człowieka, który ślepo wierzy w nagrodę tuż po naciśnięciu detonatora. Co powoduje człowiekiem, że decyduje oddać życie za czcze obietnice?

Jedna z mocniejszych książek Schimtta. Po jej lekturze czytelnik spojrzy na to, co działo i pewnie dziać się będzie w Europie.

wtorek, 10 października 2017

Jankeski fajter czyli ktoś, kto nie boi się niczego

Tęskniliście za Eduardo Mendozą i Dorotą Masłowską? Już nie musicie - Aura Xilonen zapełnia księgarskie połki "Jankeskim fajterem" - mieszanką, po której przeczytaniu życie wygląda zupełnie inaczej i nie dopada nas kac.



Głównym bohaterem opowieści jest Liborio – nielegalny meksykański imigrant w Stanach Zjednoczonych. Żyje z dnia na dzień, pracując w podrzędnej księgarni z chiefem i jego żoną. Jedyne, co umie, to szybko biegać i wyprowadzać piekielnie mocne ciosy. I z braku lepszego zajęcia – czyta wszystko, co popadnie. Klasyka miesza się z literaturą współczesną, proza z poejzą i dramatem.

Pewnego dnia postanawia zachować się jak prawdziwy dżentelem i staje w obronie pięknej kobiety. To wydarzenie - uwiecznione przez przypadkowych widzów sprawia, że Liborio zmienia swoje życie o 180 stopni. Zostaje wykorzystana jego ponadludzka odporność oraz charakter, który co rusz sprawia, że Liborio ma problemy.

Autorka wychodząc od jednego wydarzenia pokazuje szereg problemów nielegalnego imigranta w Stanach Zjednoczonych. Wyobrażam sobie, że autorka bazując na doświadczeniach i zwierzeniach osób jej bliskich.

Mocną stroną książki są dialogi. Budowane na bazie amerykańskiego, hiszpańskiego i meksykańskiego stanowią nie lada wyzwanie dla tłumacza. Efekt jest jednak piorunujący i fascynujący - czasem człowiek ma problemy z rozumieniem i zapamiętaniem co lepszych kawałków. Nikt nie powiedział jednak, że czytanie należy do rozrywek lekkich, łatwych i przyjemnych.

"Janeksi fajter" to dla mnie powieść łotrzykowska. Główny bohater wywodzi się z mieszczańskich nizin społecznych - tu jest imigrantem. Jest inteligentny i obrotny, a równocześnie za nic ma powszechnie przyjęte obyczaje bo ich nie zna i nie rozumie. Liborio to cwaniak i zawadiaka. Na swojej drodze życiowej przeżywa wiele barwnych i często nieprawdopodobnych przygód. Nieraz wpada przy tym w poważne tarapaty, wynikające najczęściej z zetknięcia się jego awanturniczej natury z kulturą życia różnych grup społecznych. Nie ma wpływu na otaczające go wydarzenia, ale doskonale potrafi wyjść cało nawet z największych opresji.

Tęsknicie za dobrym wojakiem Szwejkiem? Albo historią życia Toma Jonesa? "Jankeski fajter" taki jest. Czy warto? Zdecydowanie!



AURA XILONEN (1995) przebojem wdarła się na literacką scenę. Za Jankeskiego fajtera zdobyła nagrodę Premio Mauricio Achar 2015. Do tej pory prawa do jej debiutanckiej książki sprzedano w USA, Holandii, we Włoszech, Francji i w Niemczech. Studiuje na Uniwersytecie w Puebli (Meksyk), interesuje się reżyserią filmową.

Marek i czaszka jaguara

Nie zdawałem sobie sprawy, że książka autorstwa Marka Kamińskiego i Katarzyny Stachowicz - Gacek skierowana do dzieci - może łączyć pokolenia.

"Marek i czaszka jaguara" - bo o tej książce mowa to opowieść, w której każdy - mały i duży - znajdzie coś dla siebie. Moi synowie z wypiekami na twarzy słuchali opowieści o kolejnych przygodach Marka mierzącego się z zadaniem, jakie postawiła przed nim pani od historii, rodzice oraz wujek - Orinoko. Ja z kolei w "Czaszce jaguara" znalazłem klimat rodem z opowieści Tonego Halika, który z małym dzieckiem przemierzał Amerykę Łacińską. Wspomnieć należy tu krótko widoczne - choć klimatyczne - Trójmiasto z Gdynią Redłowem na czele.

Marek Kamiński i Katarzyna Stachowicz - Gacek stworzyli ciekawy duet, który uzupełnił się idealnie. Zdobywca obu biegunów tworzył zapewne wierne opisy Meksyku i odwiedzanych przez bohaterów miejsc i oglądanych zabytków. Oczyma wyobraźni bez problemu odtwarzamy Mexico City czy Grupę Tysiąca Kolumn. Polarnik służył zapewne wiedzą, gdy trzeba było opisać zwyczaje tam panujące oraz tworzyć ciekawych bohaterów posiadających ten nieokiełznany temperament.

Katarzyna Stachowicz - Gacek to z kolei reżyserka całej otoczki i detali, na które natykamy się w książce. Jako współautorka scenariusza do fenomenalnego filmu "Za niebieskimi drzwiami" potrafiła w "Marku i czaszce jaguara" stworzyć klimat młodzieńczej przygody i sprawić, by czytelnik do końca nie był pewien kto zwycięży. Wiele jest bowiem momentów, gdy źli ludzie są już prawie w posiadaniu tajemniczej kuli.

No właśnie - o czym jest "Marek i czaszka jaguara"? Marek - mieszkaniec Trójmiasta i główny bohater opowieści musi mierzyć się z wyzwaniem, o jakim nigdy nie śnił. Podróż do Ameryki Łacińskiej z wujkiem Orinoko okazuje się początkiem najlepszej przygody w życiu.

Najgorszą sprawą nie jest teraz jego wiecznie płacząca, młodsza siostra a siły, które swoją historią sięgają czasów Majów. Poza tym okazuje się, że nawet chłopak, który nie uważa się za wojownika i szkolnego celebrytę ma w sobie potężną moc, którą uwolni podczas swojej wyprawy do Meksyku.

Doskonała książka, która powinna doczekać się swojej kontynuacji. Przecież Meksyk to dobry początek? Nieprawdaż?


Część dochodu ze sprzedaży książki wspiera działalność Fundacji Marka Kamińskiego, która pomaga chorym dzieciom i młodzieży w pokonywaniu barier i realizacji marzeń.

niedziela, 8 października 2017

Brat Albert. Biografia

Wyobraźcie sobie Państwo, że kiedyś krakowski Kazimierz był miejscem dla "opuchlaków", żebraków, złodziei i wszystkich, którzy nie mieścili się w ramach "oświeconego" społeczeństwa. Nie interesowano się nimi zbytnio a noclegownie były wylęgarnią chorób i wszelkiego zła. Nagle w tym tyglu pojawia się brat Albert. Z bratem - brat, z chłopem - chłop, z dziadem - dziad a z panem - pan.


Te słowa wypowiedziała siosta Kunegunda Silukowska - współpracowniczka brata Alberta. Jaki był? Dlaczego stał się ówczesnym katocelebrytą i jego fenomen odradza się teraz - w oświeconym XXI wieku? Odpowiada Natalia Budzyńska - autorka "Brat Albert. Biografia".

Adam Hilary Bernard Chmielowski - bo tak brzmi pełne nazwisko naszego świętego urodził się w Igołomii jako pierwsze dziecko namiestka carskiego Wojciecha Chmielowskiego i Józefy Borzysławskiej. Otrzymawszy chrzest "z wody" (bez udziału księdza) rozpoczął życie, o jakim zapewne nie śnili jego rodzice.

Wcześnie stracił ojca, co - mogę przypuszczać - spowodowało, że Adam stracił osobę, która chroniła go przed złem świata. Wysłany do Rosji na nauki w wieku 10 lat musiał już wtedy wykazać się ogromną odwagą i upartością. Samotna podróż bez dobrej znajomości języka, a potem pobyt w niesprzyjających warunkach sprawiły, że bliscy brata Alberta przywoływali jego wspomnienia nocnych smutków i tęsknoty za matką.

Dzisiaj - w czasie Roku św. Brata Alberta mało kto wie, że nie wykazywał on w młodości dużej religijności. Natalia Budzyńska badając skrupulatnie życie świętego pokazuje, że oprócz postawy przyjacielskiej i dojrzałej jego życiowa droga nie była wypełniona modlitwą i skruchą. Nawet podczas Powstania Styczniowego, w którym Chmielowski brał udział i stracił nogę mało było Boga - dużo za to romatycznych marzeń i bohaterskich czynów. Bić Moskala czy napadać na transporty? Dla tamtego człowieka to nie był problem - to narodowy obowiązek.

Kiedy już bohater książki Natalli Budzyńskiej ochłonął i mógł wrócić do Polski dzięki amnestii dla powstańców Adam Chmielowski realizował swoje marzenie o zostaniu malarzem. Studia w Monachium, które było centrum życia artystycznego sprawiało, że chciało się jemu i innym tworzyć - nawet w warunkach, które temu nie sprzyjały. Bliskie przyjaźnie brata Alberta z Leonem Wyczółkowskim, Stanisławem Witkiewiczem czy Józefem Chełmońskim nie tylko pozwalały mu czerpać inspirację ale również poznawać życie ówczesnej śmietanki towarzyskiej, która zamieszkiwała się w Hotelu Europejskim w Warszawie. Tam właśnie Adam Chmielowski miał okazję poznać Helenę Modrzejewską - najpiękniejszą kobietę ówczesnej Polski, z którą prawie wyjechał do ...USA.

Kiedy Adam Chmielowski stał się bratem Albertem? Człowiekiem, który dla najbiedniejszych poświęcił wszystko? Natalia Budzyńska wskazuje na rekolekcje u Jezuitów, które wywołały "stan nerwowy" i konieczność leczenia w szpitalu psychiatrycznym. Jeszcze innym momentem może być wycieczka do tych krakowskich podziemi, w których świat odrzuconych przewyższał liczbę mieszkańców miasta i nikt nie chciał go zbawić. Prawdą jest, że już wcześnie w listach, które przywołuje autorka Adam Chmielowski - jeszcze nie brat Albert - wskazuje na marność doczesnych dóbr i życia, w którym wszyscy walczą o poklask i sławę zamiast zastanowić się nad sobą i bliżnim.

Natalia Budzyńska świetnie opisuje czas budowania wspólnoty przez brata Alberta. Odrzucony i niezrozumiały przez przyjaciół na wozie przypominającym trumnę objeżdżał ulice Krakowa. W swoim pomyśle chciał bezdomnych z tego stanu wyciągać dając im możliwość podjęcia pracy i zarabiana na siebie. Chciał, żeby nie byli utrzymankami domu Alberta ale stali się obywatelami Krakowa, którzy być może pomogą innym w potrzebie.

Autorka pokazuje brata Alberta jako postać wielowymiarową. Z jednej strony służy pomocą dla wszystkich - z drugiej tworzy zakon, w którym każdy brat i siostra musi wyzbyć się wszelakich dóbr na rzecz bliźniego. Bracia pomalowali ściany na czerwono? Zamalować na biało! Siostry polakierowały podłogę? Wyszlifować do czysta! Ostra reguła nie była łatwa jednak ilość osób, które decydowały się na przyłączenie do zakonu robi wrażenie. Natalia Budzyńska prezentuje sylwetki osób, które zgodnie ze słowami Chrystusa zostawili wszystko i poszli za nim. To jednocześnie fascynujące i straszne kiedy czyta się o ludziach gotowych z dnia na dzień stać się jak żebrak byle tylko móc naśladować Chrystusa.

Do wspomnianej przeze mnie wielowymiarowości należy także skomplikowany charakter i poczucie humoru świętego. Mamy przecież ojca Pio, który był kawalarzem czy Jana Pawła II - papieża - żartownisia. A brat Albert? Bardziej pasował mu czarny humor, do którego używał swojej protezy nogi. Wielokrotnie w książce znajdziemy opowieści o tym, jak prosił o pomoc w zawołaniu dorożki przechodniów, którym malował spokojnie wizję złamanej nogi. Malował? Słowo idealnie pasujące do bohatera książki Natalii Budzyńskiej.

Nie pisałem o bracie Albercie jako o malarzu. Natalia Budzyńska trafnie przygląda się temu okresowi z życia i robi to doskonale. Dorobek Adama Chmielowskiego to 61 obrazów olejnych, 22 akwarele i 15 rysunków. Do najbardziej znanych prac należą m.in. Po pojedynku, Dziewczynka z pieskiem, Cmentarz, Dama z listem, Powstaniec na koniu, Wizja św. Małgorzaty, Zachód słońca, Amazonka. Najsłynniejszy jest jednak obraz Ecco Homo, który w wybitny sposób pokazuje postać Chrystusa prowadzonego na śmierć. Niesamowita głębia i tajemnica sprawiają, że do dzisiaj obraz jest źródłem inspiracji i pytań, które czasem pozostają bez odpowiedzi.

Bogaty materiał fotograficzny wieńczy dzieło, po którego przeczytaniu pojawiają się pytania - kim dla nas dzisiaj ma być brat Albert? Osobą, która z otwartymi rękoma przyjmuje imigrantów? Opiekunem tych, którymi nie interesuje się państwo? Obrońcą chorych i ułomnych oraz tych, dla których zarodek to nie człowiek?

„Wielkość Brata Alberta wyraziła się w tym, że potrafił poruszyć innych, by nie pozostawali obojętni na los najbardziej opuszczonych, wyzwalając ludzką solidarność i dobroczynność” – powiedział Stanisław Dziwisz 25 grudnia w Katedrze na Wawelu. Natalia Budzyńska wykonała kawał dobrej roboty prezentując postać nie do końca w Polsce znaną. Nawet trwający Rok św. Brata Alberta nie pokazał bogactwa i zróżnicowania tej postaci. Bez dogmantów i chęci wybielania różnych grzechów świętego. To bardzo mi się podoba. Wam również przypadnie do gustu.

Książka do nabycia na woblink.com oraz Znak.



wtorek, 3 października 2017

Polska to piekło z aniołami | Dobromir Mak Makowski | Recenzja

Ludzie umieją sobie sami robić sobie piekło lepsze niż to biblijne. Nie ogień i siarka oraz wieczne męki a każąca ręka pijanego ojca i mnóstwo ludzi, którzy mają cię za nic. Nie wierzycie? Przykładem niech będzie książka "Wyrwałem się z piekła" Dobromira Mak Makowskiego.

niedziela, 24 września 2017

Dzikie królewstwo

www.znak.pl

Myślicie, że najlepszą tegoroczną premierą była ekranizacja "To" Kinga? Mylicie się. "Dzikie królestwo" Simona Davida Edena sprawia, że czytelnik - nawet ten po trzydziestce zaczyna się zastanawiać się, czy apokaliptyczne wizje mogą nadejść z najmniej oczekiwanej strony?


Apokalipsa może zacząć się naprawdę niewinnie i Czesław Miłosz pisząc jeden ze swoich wierszy mógł mieć całkowitą rację. My śpimy sobie wygodnie w domach, nie za bardzo zastanawiając się, w jakim stanie jest ta nasza przyroda. Są oczywiście programy naprawcze czy miłośnicy zwięrząt, którzy oddaliby wszystko za biedne stworzenia bez dachu nad głową i zagrożonych wyginięciem. To jednak o wiele za mało bowiem budzimy się i nad naszym łóżkiem znajdują się oddziały mew, zastępy norek i groźne wilki. Zły sen? Nie do końca.

Przekonują się o tym bohaterowie "Dzikiego królestwa" - książki, w której czytelnik zanurza się w rzeczywistość, która daje do myślenia, przeraża a jednocześnie zapewnia doskonałą rozrywkę na jesienny weekend.

Królestwo zwierząt wypowiedziały wojnę ludziom. Dzikie zwierzęta od dawna planowały zemstę za wszystkie krzywdy wyrządzone przez człowieka - niszczenie lasów, ścieki w rzekach czy eksperymenty nie do końca naukowe. Żądne zemsty nie cofają się przed niczym, by osiągnąć swój cel - panowanie nad światem.

Z drugiej strony mamy zwierzęta udomowione - koty, psy i resztę, która ma wybór - przyłączyć się i poczuć dziki zew czy postawić się po stronie swoich opiekunów. Może nie do końca doskonałych jednak kochających (czasem) nad życie.

Drue, która szuka ojca przeczuwającego zwierzęcą apokalipsę czy kocisko - będące między młotem a kowadłem to główni bohaterowie opowieści Simona Daivda Edena. Sam autor zdradził w jednym z wywiadów, że na pomysł książki wpadł dzięki dociekliwym pytaniom córki. Przygotowując zadanie z przyrody dotyczące amazońskich lasów powiedziała: Tato,gdzie ptaki będą mieszkać gdy wytniemy wszystkie drzewa?

Można byłoby odpowiedzieć, że człowiek zastanawia się nad różnymi formami gniazd "zastępczych". Eden poszedł dalej wieszcząc (słusznie) pewien problem i wierząc w głęboką moc zwierząt i ich unikalnych cech, które są zabójcze dla człowieka.

Po lekturze "Dzikiego królestwa" wierzę, że wszystko jest w naszych rękach. Doskonała literacka fikcja, która przerodzi się w rzeczywistość? Czy większa dbałość o przyrodę?

Zapraszam do lektury zarówno młodzież jak i dorosłych.




sobota, 23 września 2017

Weganon czyli pyszności z roślin

Paweł Ochman
www.znak.pl

Paweł Ochman - autor bloga "Weganon" prezentuje nową jakość książki kucharskiej. Zamiast bowiem katować nas obiadami i kolacjami skupia się na deserach, śniadaniach i przekąskach czyli tym, czym tygryski żyją obecnie najczęściej. Przed Państwem "Pyszności z roślin".


Biorę do ręki książkę i już wiem, że mógłbym - tak czasami - bez mięsa, białego cukru i lukru. Zamiast na śniadanie klasycznej paróweczki z ketchupem czy kanapki zaserwowałbym sobie jakąś tartę.

Paweł Ochman jest prawdopodobnie jedyną osobą w Polsce, która do tego dania podchodzi jak do świętości. Wydaje mi się, że taka tarta to ciekawe rozwiązanie dla osób, które nie mają czasu na zdrowie odżywianie. Zamiast sztampowo usprawiedliwiać się brakiem tego czy owego przygotowujemy tartę z kremem czekoladowym czy też letnią cytrynową i do lodówki. Niech czeka na miłośnika zdrowego odżywiania, który powróci głodny z Mordoru.

Po lekturze (i oglądaniu) "Pyszności z roślin" stwierdzam, że słodycze nie są takie złe. To znaczy słodycze by Paweł Ochman. Weźmy na ten przykład ciastka orzechowe z dynią. Szybko, łatwo i w miarę zdrowo. No bo dynia, wiórki kokosowe oraz syrop z agawy. Jedynym podejrzanym składnikiem, który dodaje autor jest czekolada (minimum 70 procent kakao - nie mniej!), która przeze mnie byłaby zjedzona jeszcze przed właściwym daniem. Ale muszę być silny i wykonać choć jeden przepis twórcy bloga Weganon.

Risotto czy mus czekoladowy nęcą już samą nazwą. Okazuje się, że czas przygotowania oraz poziom trudności nie powala faceta po trzydziestce. 35 minut by cieszyć się dobrym i zdrowym deserkiem jestem w stanie poświęcić więc "Pyszności z roślin" wydają się coraz bardziej trafioną lekturą i przewodnikiem na szlaku nowych smaków dla mnie i dla rodziny.

Ujął mnie autor powrotem do korzeni. Jako rocznik 1984 ciastka z maszynki są dla mnie jak magdalenka Porusta czy five o'clock dla Anglika. Rozpływające się w ustach gorące wypieki przygotowywane wspólnie z babcią. Wychodzące ze specjalnej maszynki i układane na blasze znikały w oka mgnieniu. A jak udało się im uchować - idealne były do moczenia w czarnej herbacie następnego dnia. A dzisiaj? Już prawdziwych ciasteczek już nie ma ... chyba, że zrobię je sam.

Podobnie rzecz ma się z krówkami. Robione własnoręcznie z makiem przypominają trochę cukierki odpustowe, które można było kupić podczas kaszubskich odpustów. Połączenie magii maku i karmelu z odrobiną cukru sprawia, że mógłbym jeść je codziennie. Tak jest także w przypadku bloku. Klasyczne ciasto, które zawierało w sobie rodzynki i mnóstwo słodyczy do dzisiaj jest niedoścignionym wzorem prostego deseru. Paweł Ochman i jego eksperymenty pokazują, że można nadać nową jakość deserom z dzieciństwa.

Rozpływając się w smakach, które autor serwuje w "Pysznościach z roślin" i na swoim blogu zapomniałem zupełnie napisać o przepisach, które, choć słodkie, zawierają w sobie warzywa. Czekoladowe ciasto ziemniaczane z gruszkami czy fasolowy krem ciasteczkowy dają radę. Okazuje się, że nawet po trzydziestce człowiek jest w stanie zaryzykować wszystko, by rozpłynąć się w świecie, w którym muffinki robi się z buraka. Tak! Z buraka!

Autor i wydawnictwo zadbało o wygląd książki, którą możnaby było zjeść - strona po stronie. Również wskazówki dotyczące przygotowania potraw, stosowania miar i sposobów, żeby się udało i było pyszniejsze jest w "Pysznościach z roślin" wystarczająco zarówno dla wykształconego kucharza jak i miłośnika jedzenia słodkości (ja).

Życzę smacznego i do wrzucenia zdjęcia choć jednej potrawy Pawła.




sobota, 27 maja 2017

Czyje jest nasze życie?

Jeśli czujecie, że rzeczywistość was przerasta a informacje, które macie to za mało, by zrozumieć mechanizmy, które dzieją się w i obok was musicie przeczytać książkę Olgi Drendy i Bartłomieja Dobroczyńskiego starających się odpowiedzieć na pytanie - czyje jest nasze życie?


XXI wiek to średniowiecze


Olga Drenda z wykształcenia etnolożka i antropolożka kultury i Bartłomiej Dobroczyński znany psycholog i historyk psychoanalizy, pokazują, że żyjemy w świecie pozbawionym punktów odniesienia, wydani na pastwę sił, z których istnienia nie do końca zdajemy sobie sprawę. Kiedyś było lepiej? Okazuje się, że człowiek żył (z punktu widzenia psychologii) ciekawej, czasem lżej (nawet bez nowych technologii). Dobroczyński podaje piękny przykład, w którym udowadnia, że dzisiejsza kult vlogów, telewizji i obrazu w ogóle to powrót do czasów średniowiecza. Ciekawie opowiada o religii i przeżywaniu pewnych zjawisk mistycznych na przełomie wieków. Stara się oglądać każdą sprawę z różnych stron pozwalając czytelnikowi poznać całościowy jej obraz.

Selfie jest ok?


Współczesny świat - jak wszyscy wiemy - nie jest tak piękny i cudowny jak byśmy chcieli. Nie składa się z selfie, siłowni, zdrowej żywności i bezsensownego uśmiechu na twarzy przez 24 godziny na dobę. Jednak wielu z nas dąży do takiego ideału, do takiej rzeczywistości zapominając o swojej tożsamości, o swoim ja.

Quo vadis?


Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co tak naprawdę lubisz? Co sprawia, że jesteś szczęśliwa i zadowolona? Na co się gniewasz i czy ten gniew przekształcający się we frustrację jest potrzebny i konstruktywny? Olga Drenda i Bartłomiej Dobroczyński starają się swoją dyskusją wzbudzić w czytelniku chęć poprawy i zmiany mechanizmów, które tkwią w nas od zawsze niszcząc i rujnując to, co dobre.

Religia i polityka


Autorzy w interesujący sposób opisują konflikty na tle religijnym. Dlaczego tak jest i co sprawia, że ktoś może poczuć, że jego religia jest obrażana? Czy Nergal zrobił krzywdę chrześcijanom, że zniszczył Biblię? A może to pokaz jego małości, marności i ostateczna porażka jego sposobu życia? Jest też i trochę polityki, o której - zgadzam się z tym w 100 procentach - wnioski są tylko negatywne. W XXI wieku popiera się bowiem kłamstwo, na które przyzwolenie dają wszyscy. Kłamców się nie piętnuje, oszustów nie wsadza do więzienia a przemilcza. Skłamał? Trudno - trzeba to przemilczeć i dać dalej żyć na świeczniku.

Jak się tym nie wkurwić? Radzą autorzy. Mocna książka.

Książkę zainspirowały rozmowy publikowane w miesięczniku „Znak” w ramach cyklu Mąciciele o dwóch głowach.

piątek, 3 marca 2017

Miód i mleko. Rupi Kaur

Okazuje się, że w XXI wieku kobiety nie są traktowane na równi z mężczyznami. Okazuje się, że nawet w Polsce są osoby, które kobiety potrafią obrażać na forum międzynarodowym będąc święcie przekonanym o swojej nieomylności. A wydawnictwo ZNAK wrzuca w to wszystko "Mleko i miód" Rupi Kaur.

Autorka w swoich wierszach prezentuje całą gamę uczuć, których doświadcza kobieta skrzywdzona, wykorzystana i niekochana. Okazuje się, wbrew niektórym, że ojciec w życiu córki zajmuje czasem ważniejsze miejsce niż matka. Rupi Kaur nie tylko wyraża emocje - ona umie je w unikalny sposób wyrazić. Lepi je ze słów i nawet prosty mężczyzna piszący tą recenzję daje radę je oglądać z bliska.

Każdy z rozdziałów dotyka innych doświadczeń, łagodzi inny ból. Albo poszukuje swojego taty, który nie rozumie małej dziewczynki. Molestowanie seksualne przez najbliższe osoby. Potem błąkanie się pomiędzy ułudą miłości poznając świat miłości cielesnej. Kiedy wydaje się, że na horyzoncie pojawia się tej jedyny - wszystko kończy się w jednej chwili. Czas niszczenia pamiątek sprawia, że życie musi nabrać nowych - lepszych barw.

Autorka w większości - z czym się całkowicie nie zgadzam - zanurza się w negatywne sprawy kobiet dotyczące. A przecież miłość - duchowa i cielesna - o której tak skromnie wspomina autorka powinna budować nowe przestrzenie rozwoju i wyrażania swojej kobiecości.

Łącząca różne formy poetyckie Rupi Kaur pozwala czytelnikowi na przemyślenie sobie wielu spraw dotyczących stosunków damsko-męskich. I mam tu na myśli seks, spotkanie przy kawie czy wychowanie córki. Poezja już dawno nie była tak bliska szarej codzienności,w której każdy szuka szczęścia.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Sprawiedliwi zdrajcy - Witold Szabłowski

Od filmu "Wołyń" w Polsce na nowo rozgorzała dyskusja na temat rzezi wołyńskiej. Kto jest winny? Czy wina leży po obu stronach. Próbuje odpowiedzieć Witold Szabłowski w swojej książce.

Najlepszy obecnie (według mnie) reporter pokazuje nam tamte wydarzenia przez pryzmat historii, opowiadań naocznych świadków i ocalałych dokumentów. Ta skrupulatna praca przynosi bardzo dobry efekt. 

Gdy latem 1943 roku ukraińscy nacjonaliści zaczęli zabijać dziesiątki tysięcy Polaków, ich ukraińscy sąsiedzi musieli wybierać. Jedni zabijali swoje polskie żony i dzieci, obcinali głowy, piersi. Stosowali tak nieludzkie sposoby mordowania, że przechodzi to ludzkie pojęcie. A widać, że był to wynik narastającej nienawiści i zgorzknienia, które nie miało żadnych podstaw.

Kiedy czytelnik dochodzi do fragmentu o Trupim Polu, gdzie zastrzelono kilkuset Polaków dziwi się, że polski Sejm nie nazwał rzezi wołyńskiej wprost - ludobójstwem. Inaczej przecież nazwać tego nie można.

Historie rodzin znanych (m.in. Hermaszewskich czy Dębskich) mieszają się z anonimowymi ofiarami, które do dzisiaj nie mają grobu, a szczątki nadal ukrywa nasiąknięta polską krwią ziemia.

W tym wszystkim pamiętać należy jednak, że byli i Ukraińcy dobry - chowający Polaków, dostarczający im jedzenia i opieki. Podobnie jak Żydzi, którzy spotkali wielu naszych rodaków ryzykujących życie pomagając właśnie im.


Tadeusz Borowski w swoich opowiadaniach ujawnił, jak dalece wojna odmieniła ludzi, jakimi stali się, by przetrwać okropny czas terroru. Szabłowski pokazuje jeszcze większą tragedię, która dopiero teraz przenika do naszej świadomości.

Mocna książka. Prawdopodobnie najmocniejsza nowość 2016 roku. 

niedziela, 30 października 2016

Ch....a Pani Domu

Książka i blog Magdaleny Kostyszyn są odpowiedzią na współczesne hasło, które odnosi się do obojga płci: DOSKONAŁOŚĆ. Autorka wydaje się mówić - normalność.


W świecie, w którym trzeba szybciej, mądrzej i lepiej człowiek z dystansem do świata i prowadzący życie slow stoi na pozycji przegranej. W cenie są ludzie, którzy chodzenie na siłkę przetykają ultramaratonami połączonymi z robieniem dodatkowych 3 kierunków studiów. W tle są szczęśliwe i inteligentne dzieci, które od pierwszego dnia posiadają konto na insta oraz pies bez problemów depresyjnych i ADHD (też może posiadać społecznościowe konto).


Magdalena Kostyszyn – znana lepiej jako Ch…owa Pani Domu - pokazuje, że normalne życie to seria wpadek, pomyłek oraz błędów, na których należy się uczyć. Ani facebook za nas życia nie przeżyje, ani istagram nie uczyni nam go szczęśliwszym.

Warto czasem wyjść poza wirtualne pomysły patrząc, że życie każdego z nas jest ciekawsze i piękniejsze niż kolejne dążenia do czegoś, co nietrwałe i ulotne.

Polecam.

#czytamzwoblink

poniedziałek, 25 lipca 2016

Okres i kobieta

Diane Ducret przełamując kolejne tabu, przeszkody i obawy napisała książkę, którą mężczyzna połyka w godzinę a jego kobieta dziwi się, że ktoś napisać coś takiego dopiero teraz.

Pomimo tego, że mamy XXI wiek dopiero "Wysokie obcasy" w 2016 roku postanowiły "porozmawiać" o okresie umieszczając brokatowe pantalony na okładce. W 2015 roku użytkownicy internetu podniecali się (dosłownie) na myśl o mądrym, amerykańskim chłopcu, który zamiast kanapek nosił do szkoły tampony i podpaski. Dopiero w 2016 roku okres/miesiączka stał się dla wielu mniej obrzydliwy niż radiowa reklama maści na hemoroidy.


"Zakazane ciało" to opowieść o kobiecości, jej przełamywaniu i szacunku, który rodził się w mężczyznach (i kobietach) do płci pięknej przez całe lata. Zgłębiając opowieść autorki, która w miarę dokładnie badała temat śmiem twierdzić, że wynalezienie podpaski jest odkryciem dużo użyteczniejszym niż flaga USA na księżycu i nowa Tesla razem wzięte.

Podobnie rzecz ma się z łechtaczką, zwaną także ukrytym penisem. Ilość ofiar bzdurnej polityki leczenia zaburzeń psychicznych oraz chęci anatomicznego poznania kobiety jest nieadekwatna do ówczesnych osiągnięć w tym zakresie. Jedynie pani Bonaparte badająca wespół z Sigmundem Freudem sprawę kobiecej rozkoszy wydaje się patronką tego, co nazywamy orgazmem.

Ducret mknie poprzez epoki pokazując siłę i determinację kobiecej części do bycia osobą równą mężczyźnie. Choć - jak pokazują ostatnie wydarzenia - nawet w XXI wieku niektórym pojęcie miłości myli się z maltretowaniem a rozkosz przeznaczona jest w 98 procentach dla mężczyzn.

Bardziej naukowo i przystępnie być nie może. Krajewski oznajmił, że ukończył nową powieść - trudno mu będzie jednak przebić historię do bólu prawdziwą.