Kolejna porcja żółtego chaosu właśnie wjechała do kin i… zaskoczyła. Po sześciu filmach uniwersum Jak ukraść księżyc i dwóch wcześniejszych spin-offach o Minionkach można było się spodziewać kolejnej porcji slapsticku, „banana!” i głośnych gagów. Minionki i straszydła (oryg. Minions & Monsters) idzie jednak o krok dalej – to nie tylko najzabawniejsza, ale też najbardziej spójna i czarująca odsłona serii od lat.
O czym to jest?
Akcja dzieje się na długo przed wydarzeniami z Minionków (2015) i Wejścia Gru. Śledzimy inną plemienną grupę Minionków, które od wieków szukają „największego bossa zła”. Niestety, jak to u nich bywa, każdy kolejny mistrz kończy… źle. W pewnym momencie trafiają do Hollywood lat 20. i przypadkiem stają się gwiazdami kina niemego.
Gdy pojawia się dźwięk, ich kariera wali się w gruzach (nikt nie rozumie minionese). Wtedy James – artystyczna dusza wśród żółtych stworków – postanawia zrealizować swoje marzenie: nakręcić własny film o potworach. Razem z przyjaciółmi Henrym i Edem (głuchym Minionkiem porozumiewającym się migowo) przywołują prawdziwe straszydła… i oczywiście wszystko wymyka się spod kontroli.
Efekt? Klasyczny hollywoodzki list miłosny do kina, kaiju, Cthulhu, The Blob, kina niemego, talkies i samej magii opowiadania historii – opakowany w typowy dla Illumination absurdyzm.
Co działa świetnie?
- Humor – wreszcie nie jest to tylko ciąg niekończących się gagów. Jest rytm, jest budowanie żartu, są momenty, które bawią zarówno dzieci, jak i dorosłych. Szczególnie udane są sceny z Hollywood i meta-humor o samym kinie.
- Bohaterowie – James, Henry i Ed to najbardziej wyraziste Minionki od czasów Kevina, Stuarta i Boba. Mają marzenia, osobowości i relacje, które naprawdę się czuje.
- Estetyka i hołd dla kina – od sepii i stylu lat 20., przez nawiązania do Chaplina, Keatona, King Konga, po cameo samego George’a Lucasa. Film naprawdę kocha kino i to widać w każdym kadrze.
- Muzyka – John Powell (zamiast Heitora Pereiry) dał ścieżkę pełną nawiązań do klasycznych hollywoodzkich partytur. Brzmi to czasem przesadnie, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu.
- Reżyseria Pierre’a Coffina – wrócił do korzeni i pokazał, że seria wciąż ma potencjał, gdy nie próbuje na siłę dokładać kolejnych warstw fabuły o Gru.
Co trochę kuleje?
Druga połowa, gdy wchodzą prawdziwe potwory, robi się nieco bardziej schematyczna i chaotyczna. Niektóre wątki poboczne (robot Dort i jego romans) są zabawne, ale nie zawsze organicznie wplecione. Jak to w Minionkach – głębi emocjonalnej w stylu Pixara tu nie szukajcie. To wciąż przede wszystkim rodzinne widowisko pełne chaosu.
Werdykt
8/10
Minionki i straszydła to najlepszy solowy film o żółtych stworkach i jedna z najprzyjemniejszych pozycji w całym uniwersum od pierwszego Jak ukraść księżyc. To nie jest rewolucja, ale mądry, ciepły i bardzo zabawny list miłosny do kina, który jednocześnie nie zapomina, dla kogo właściwie powstał.
Jeśli lubicie Minionki – idźcie. Jeśli trochę już was męczyły – też idźcie. A jeśli chcecie po prostu dobrze się bawić w kinie z całą rodziną latem 2026 – to jest wasz film.
Banana! 🍌
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz