Są miejsca, które kojarzą się wyłącznie z wypoczynkiem – górskie szlaki, schroniska, zapierające dech widoki. Sławek Gortych od pięciu tomów udowadnia, że Karkonosze potrafią być czymś zupełnie innym: sceną zbrodni, w której natura i historia regionu są równie ważnymi bohaterami, co ludzie. "Święto Karkonoszy" to najnowsza, piąta odsłona jego bestsellerowej serii – i chyba najbardziej ambitna pod względem konstrukcji.
Zaginięcie, które nie chce się zakończyć
Punktem wyjścia jest rok 2008 i huczne obchody 900-lecia Jeleniej Góry. W tle – grupa przyjaciół, którzy wybierają się w Karkonosze, by celebrować wspólny czas. Sielankę przerywa nagłe załamanie pogody: kontakt się urywa, zapada zmrok, a kolejne godziny mijają bez wieści. Kiedy do schroniska w końcu dociera zdezorientowany Robert – jeden z trójki, bez informacji o pozostałych – do akcji wkracza dobrze znany fanom serii Maksymilian Rajczakowski. Nie potrafi znieść bezczynności i mimo ryzyka rusza w góry na poszukiwania.
To, co wyróżnia Gortycha na tle innych autorów kryminałów górskich, to sposób, w jaki buduje napięcie – zaginięcie w tej powieści nie zmierza w prostej linii do rozwiązania. Z każdą kolejną stroną przybywa raczej pytań niż odpowiedzi, a czytelnik zamiast szybkiej satysfakcji dostaje narastający, dobrze skalkulowany niepokój.
Rok 1948 i cena za marzenia
Drugą oś czasową stanowi rok 1948 – czas, w którym Jelenia Góra, jeszcze niedawno niemiecki Hirschberg, staje się domem dla polskich repatriantów, a ostatni niemieccy mieszkańcy szykują się do opuszczenia swoich domów. To właśnie tutaj pojawia się Bronisław Kowalewski, który przekonuje się, że walka o własne marzenia w powojennej, wciąż niestabilnej rzeczywistości potrafi kosztować bardzo wiele. Historia Bronisława – zasłużonego, cenionego karkonoskiego przewodnika – okaże się kluczem do zrozumienia współczesnych wydarzeń, a jej odkrywcą, po latach, będzie nie kto inny jak sam Robert, jego syn.
Splot tych dwóch planów czasowych to znak rozpoznawczy całej serii, ale w "Święcie Karkonoszy" Gortych idzie o krok dalej, spajając obie epoki wspólnym motywem – tytułowym świętem regionu, obchodzonym zarówno tuż po wojnie, jak i w XXI wieku. Ten zabieg sprawia, że przeszłość i teraźniejszość dosłownie na siebie nachodzą, a czytelnik ma wrażenie układania jednej, wielowarstwowej łamigłówki.
Góry jako bezwzględny świadek
To, co szczególnie działa w tej serii, to fakt, że autor nie idzie na łatwiznę brutalności – zamiast tego buduje stały, sunący nastrój niepokoju, w dużej mierze za sprawą samej przyrody. Surowa, obojętna wobec ludzkich dramatów natura Karkonoszy staje się tu niemal pełnoprawną postacią, a autentyczne miejsca – jak schronisko Odrodzenie czy Nad Śnieżnymi Kotłami – dodają całości wiarygodności, której nie da się podrobić zza biurka. To literacki trop znany z twórczości takich autorów jak Michał Śmielak (Bieszczady) czy Jozef Karika (Tatry), ale Gortych ma na niego swój własny, karkonoski patent.
Dla kogo jest ta książka?
Seria – a wraz z nią "Święto Karkonoszy" – to propozycja dla czytelników, którzy cenią kryminały łączące dwie osie czasowe, lubią, gdy fabuła nie ułatwia im zadania i chętnie zanurzają się w gęstym, górskim klimacie, gdzie napięcie buduje się równie mocno przez opis mgły nad szczytem, co przez samą intrygę. Choć to już piąty tom cyklu, konstrukcja fabuły sprawia, że nawet z licznymi bohaterami i skokami czasowymi trudno się w tej historii pogubić.
"Święto Karkonoszy" to dowód na to, że Sławek Gortych wciąż ma pomysł na rozwijanie swojej karkonoskiej serii – łącząc współczesne zaginięcie z mrocznym, powojennym sekretem sprzed dekad, tworzy opowieść, w której fasada pięknych gór skrywa znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. To kryminał, który warto czytać powoli, dając się prowadzić między dwiema epokami – i pozwalając, by karkonoski chłód wkradł się także pod skórę czytelnika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz